RECENZJE

Breeders
Title TK

2002, 4AD 6.4

Nagrywaniu trzeciej pełnowymiarowej płyty Breeders towarzyszyło coś na kształt swoistej filozofii tworzenia. Kim Deal zrezygnowała z wszelkich możliwości nowoczesnego studia, na rzecz technik analogowych i pierwotnych. Ale uwaga, nie była to wbrew pozorom próba załapania się na modę powrotów do korzennego rocka, lecz dość oryginalny i niezależny ruch, tak zwany "all wave". Krótko mówiąc, Deal powiedziała technice "nie", cofnęła się do epoki kamienia łupanego – ujmując rzecz metaforycznie. Co najważniejsze, zabieg ten przyniósł zamierzony efekt – Title TK wyróżnia się na tle całej masy surowego grania dość nietypowym, amatorskim, a jednocześnie dopieszczonym brzmieniem oraz nie velvetowym, a – co akurat zrozumiałe – post-pixiesowym charakterem kompozycji.

Kwestia, która być może najbardziej nurtowała wszystkich miłośników Last Splash, to jak nowa płyta będzie się miała do wydanego dziewięć lat temu dzieła. Największym grzechem sióstr bliźniaczek byłoby powielenie klasycznego już dokonania z 93 roku, po przerwie trwającej niemal dekadę. Na szczęście Title TK nie ma ze swoim poprzednikiem tak wiele wspólnego. Bez dyskusji Pixies wymyślili pewien rodzaj własnego brzmienia i prawdopodobnie basistka tej formacji do końca życia skazana jest na granie tych samych kompozycji w jakiejś zmutowanej formie. Pierwiastek wczesnych Pixies pozostaje wspólny dla obu płyt, jednak tegoroczny album jest z tej dwójki zdecydowanie spokojniejszy. Mało tu zgiełku, mało wrzasków. W warstwie brzmieniowej Title TK wydaje się o wiele bardziej oszczędne. Jednocześnie siostry Deal nie rezygnują z punkowej zadziorności i wspaniałej skoczności swoich piosenek. Niewątpliwie za zauważalny rozwój i pewne zmiany w środkach wyrazu należą się Kim wielkie słowa uznania. Brawo, wspaniale.

Mimo tych wszystkich pochwał, traktowanie tego albumu w kategoriach bardzo dobry, wyjątkowy itd. świadczyłoby raczej o składaniu hołdu jednej z legend sceny, a nie trzeźwej ocenie. Nowe Breeders to obiektywnie płyta znacznie więcej niż przyzwoita, bez słabych momentów niemalże. Problem w tym, że równie rzadko pojawia się coś na najwyższym poziomie. Jako chlubny wyjątek potraktowałbym piosenkę "Off You" – zaskakującą balladę, odznaczającą się niezwykłą urodą i delikatnością. Niecodziennie słyszy się Kim Deal śpiewającą z takim uczuciem i mądrością w głosie, i to na dość ascetycznym tle, złożonym prawie jedynie z cicho brzdąkających gitary i basu. "Off You" wybrane zostało na pierwszy singiel, narobiło sporego apetytu, całość jednak różni się od tego utworu poziomem oraz stopniem oryginalności i odwagi na drodze zmian.

Kolejne piosenki, już nie tak dobre, ale mimo wszystko wynoszące Title TK wysoko ponad przeciętność, to "The She" – kompozycja, której szkielet stanowi znakomity, mroczny riff basu, okraszany melodyjnymi, lekkimi sprzężeniami gitar. Deal doskonale zespaja linię wokalu z tekstem, tak by utwór pozostał w głowie jeszcze przez dłuższą chwilę. I nie wykluczone, że tak by się działo, gdyby nie następujący po "The She", "Too Alive" – szybkie, jednostajne uderzenia w struny, miarowe pojękiwania jednej z sióstr... Podobnie, jak w przypadku tanecznego "Full On Idle", obcujemy tu z Pixies w czystej postaci.

Niestety, Breeders nie uchronili się przed kilkoma dość nijakimi fragmentami. Trudno tu mówić o dłużyznach – właściwie wszystkiego, co wychodzi spod ręki Pixiesowców słucha się z przyjemnością i bez najmniejszych oznak znużenia, ale bądźmy szczerzy – takie piosenki jak "Son Of Three", czy "Put On A Side" nie wyróżniają się niczym szczególnym. Wręcz przeciwnie, wyróżniają się swoją prostotą i brakiem dobrych pomysłów, przepadając w szarzyźnie dnia codziennego.

Generalnie jest naprawdę dobrze. Na pewno nie można Breeders zaliczyć do tych grup, które dziadzieją z każdą kolejną płytą lub na siłę próbują pozostać przy brzmieniu, które na początku zapewniło im sukces. Z drugiej strony, Title TK nie jest płytą na tyle udaną, żeby wspomniany na początku ruch przerodzić w coś doniosłego i ważnego, więc cała sprawa prawdopodobnie zakończy się jako zwykła ciekawostka, postrzegana będzie zaledwie jako wyraz dezaprobaty liderki dla nieznośnych realizatorów dźwięku, z którymi miała nieszczęście pracować. Cóż, nie będę udawał, że przejmuję się anonimowością "all wave'u", ale zawsze warto odnotować tak szczytną inicjatywę.

Michał Zagroba    
30 sierpnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie