RECENZJE

Brandon Wiard
Painting A Burning Building

2004, Cerberus 5.9

Brandon Wiard to kolejny z ubiegłorocznych artystów w teorii podchodzących pod dumną etykietę singer-songwriter. Jednak w przeciwieństwie do watahy poprzedników, nie wiedzieć czemu niezdolnych do oderwania się od stylistyki neo-folku (skutecznie przynudzając oblicze roku 2004), pieśniarz ów decyduje się podążyć trudniejszą drogą, odważnie eksploatując kilka różnych, jakże odległych od siebie gatunków muzycznych. Swoisty eklektyzm stylów, zawarty na jego trzecim już długogrającym osiągnięciu nie uchronił się jednak od pewnej prawidłowości – tak jak niektóre konwencje wypadają w wykonaniu Wiarda wielce naturalnie i zgrabnie, a w gąszczu eksperymentalnych struktur zdaje czuć się jak ryba w wodzie, tak w klimatach wyraźnie spuszczających z oryginalnego tonu na rzecz pop-rockowych szablonów, artysta porusza się już z mniejszą gracją, ujmując płycie uroku, a przede wszystkim – kompozycyjnej wartości.

Począwszy od świetnego "Already In Amazement", czyli sprytnej mieszanki barokowego popu (odległe echa tropów wyznaczanych niegdyś przez Beach Boys), oszczędnej dawki elektronicznych przeszkadzajek i szczypty rockowego animuszu, tworzących kombinację wywołującą pierwsze skojarzenie z nowatorską melodyką New Pornographers, muzyk stara się zaskakiwać coraz to nowymi pomysłami i żonglerką, a czasem wręcz łamaniem sprawdzonych konwencji. W kolejnych trackach próbuje swoich sił na polu ostro bluesowych, improwizacyjnych tematów, subtelnego folku czy też gitarowo nacechowanego, surowego popu ("Miss Michigan" bądź "Write These Songs"), podążając śladem Wrens z ich ostatniej, post-reunionowej płyty i tym samym przypominając o genialnym sofomorze pewnej grupy z roku dziewięćdziesiątego czwartego. Poza zaskakującymi pod względem użytej palety brzmień, złożonymi popowymi highlightami, drapieżne niezal-songi są bezwzględnie ożywczą stroną Painting A Burning Building, przedstawiając Wiarda jako muzyka o głębokich rockowych korzeniach.

Chwilami jednak Amerykanin stara się zrywać z niezależnym klimatem, celując z kilkoma utworami raczej w mainstreamową, niewybredną publikę. "Caroline" to tego najlepszy przykład – pieśń o braku jakiejkolwiek interesującej koncepcji, na siłę podparta intensywną, sentymentalną atmosferą. Emocjonalne, miałkie brzmienie dodatkowo potęguje dobór instrumentów i specyficznych środków dźwiękowego wyrazu, nadając piosence lekko soulowe, czarne zabarwienie. W połączeniu z dramatycznie białą duszą Wiarda, całość tworzy jednak dość niesmaczny rezultat – niczym soundtrack do melodramatycznych, hollywoodzkich serii o życiu uczuciowym i moralnych rozterkach współczesnych Amerykanów. Od ewidentnej porażki ratuje co prawda nie-tak-bardzo-ckliwy tekst, jednak wrażenie niedosytu zostaje, a ambiwalencja uczuć po wysłuchaniu tego intrygującego, lecz nierównego i odrobinę zmarnowanego krążka może nie dać człowiekowi spokoju.

Patryk Mrozek    
16 marca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie