RECENZJE

Boris
New Album

2011, Tearbridge 5.8

Boris jako nierozwiązywalne sudoku, specyficzny go team z nieskończoną liczbą oddechów, gdzie strategią graczy jest przede wszystkim zaskoczenie przez zaskoczenie. New Album to ich nowy album, jeden z trzech zaplanowanych na pierwszą połowę roku, tu niespodzianki nie ma, wszyscy znają artystyczne niepohamowanie Japończyków. Inaczej z zawartością krążka. Power trio rozpoznawalne dzięki okazałym doubleneckom, którymi potrafią potrząsać jak porożem przy wtórze rzężeń zarzynanego megalocerosa, odpuściło dzikie harce, by pobawić się w melodyjny pop.

To co urzeka, to nie tylko realizacja zadania, ale przede wszystkim rodzaj i skala odniesień, tego bądź co bądź eksperymentalno-metalowego składu. O ich eklektycznej smykałce wiadomo nie od dziś. Fragmentarycznie popowe aranże dominowały też na poprzednim Smile, lecz pogrywano z nimi na kwaśną modłę, paralelną z niektórymi woltami Pattona. Podobnie shoegazeowe wpływy na choćby takim Pink stanowiły preludium do energetycznych łupanek z epoki kamienia. Bywało również tak, że na koncertową scenę wkraczał gong i na wzór mnicha w świątyni zgubionej na dachu Fuji-san pełniący honory za bębnami Atsuo ogłaszał antrakt, po którym fala przelewała się przez szczyty, a ciężki drone z Flood wprawiał podłogę w drżenie rzeczywiście godne Japonii.

Inaczej teraz. W przepastnym dorobku Boris nowe dzieło jest swoistym standalone. Być może stwierdzenie, że grupa ”poszła w J-pop” to przesada, lecz najlepiej oddaje ono osłupienie, w jakie wprawia pierwszy kontakt z tymi nasączonymi elektroniką i eterycznym klimatem piosenkami. Odniesienie do twórczości Francuzów z Air może sygnalizować początek, w którym słowo sexy wymienia się z party, a obydwa całkiem nieźle oddają imprezowy nastrój. Także w kolejnych ciekawszych odsłonach Japończycy nadal zbierają żabki i ślimaki, niczym zagraniczni woluntariusze na polskiej wsi wczesną wiosną. Skaczący finał ”Tu, la la” mógłby być jakimś miękkim fragmentem Alcest, pełzający po wchłaniających światło chloroplastach ”Looprider” czy ”Spoon” spokojnie zapisałyby się w licealnym pamiętniku M83. Nostalgiczne refreny śpiewane raz chłopięcym, raz słodkim dziewczęcym głosem, delikatnie hałasujące gitary podbite dzwoneczkowo-purpurowym dźwiękiem syntezatora biorą udany rewanż za fail Tokyo Breakfast Club.

Niestety tam, gdzie sięgnąć za horyzont panoramicznych pocztówek z wakacji nie jest już tak kolorowo. Łyżkę dziegciu w beczce słonecznego miodu stanowią ciężkie elektroclashowe wybryki w rodzaju ”zapięte obroże, błyszczy lateks”. O ile jeszcze w ”Black Oryginal” można przeżuć ten ciężko-chamski szastający w mordę synthmotiv, o tyle kolejne tego typu prasty zaczynają nużyć i irytować, niepotrzebnie konfrontując ze sobą poszczególne partie albumu, rzutując na jego spójność. Choć te potknięcia liczyć można na palcach jednej ręki, to obnażone kły na napiętej smycz Dobermana brutalizują odbiór szczeniackich hymnów, a Cruella de Mon przerabia ich łatki na płytę w kratkę.

Wawrzyn Kowalski    
8 kwietnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja