RECENZJE

Books
The Lemon Of Pink

2003, Tomlab 6.3

Mężczyzna z dziwacznym akcentem: "Ah ah oh oh uh uh ha ha / Ha ha ho ho ho ho / Hu hu hu hu hie hie hie hie uha uha / Ba ba bot bot / Bach bach bach bach bach / Bbbb / Bravo". Równocześnie kobieta z akcentem jeszcze dziwaczniejszym: "A o e u y i i i i / J j j j j a o e u j a ja j o jo j e je jee / Rrrr".

Oto fonetyczny zapis "Explanation Mark", utworu Books. Jednego z niewielu jak dotychczas fragmentu ich twórczości, który da się w jakikolwiek sposób przelać na papier zachowując przejrzystość i umowną chronologiczność. Paradoksalnie, doznając już bezpośredniego kontaktu z dziełami amerykańskiego duetu, to wrażenie pedantycznego uporządkowania, szaleńczego ordnungu, potrafi przytłoczyć. Tu nie ma miejsca na sekundę przypadku. Jak, pytam się? Wydaje się przecież, że muzyka nie może być mniej przewidywalną; no, do konkursu stają jeszcze dodekafoniści. Dziwów nie koniec; zmysł precyzji nikogo bowiem nie ogranicza i nie paraliżuje, wyjątkowo pełna swoboda nie kłóci się ze swoim – zdawałoby się – zaprzeczeniem. Dzięki temu panowie Zammuto i De Jong bez skrupułów stopniowo wtajemniczają nas w najbujniejsze zakątki swojej nie zawsze do końca zdrowej wyobraźni. I nie chodzi nawet o fakt jej rozmiarów; na pewno znalazłby się na Ziemi ktoś, komu jeszcze łatwiej przychodziłoby kojarzenie ze sobą rzeczy całkowicie-nie-do-skojarzenia-ze-sobą. Na pewno jednak nikt nie potrafi przetworzyć tego na fale akustyczne równie udanie jak Books. Uwierzcie mi: to zwyczajnie niemożliwe.

Dotarcie na piedestał nie zajęło kolesiom zbyt wiele czasu. Ot, wydali sobie w zeszłym roku długogrający debiut. Thought For Food poraziło nas z miejsca, czego dowodem choćby recenzja Michała, czy też pozycja w naszym podsumowaniu roku 2002. Sama sprawność operowania nieskładalnym pozornie w logiczną całość misz-maszem (przepraszam, ale do jakiej grupy odgłosów zaliczyć gitarę, skrzypce, śmiech dziecka, przemówienie Adolfa Hitlera, zawołanie świętego Mikołaja, dzwoneczki i tym nie-podobne?) sprawiłoby, że ten krążek byłby bardzo dobry. Do zasług opatrzności należy dopisać fakt, że Books rozwalali wówczas nie tylko aranżerką, a i motywami (niektóre utwory tego albumu zawierają ich po kilkadziesiąt, przy czym wskazanie najlepszego to kwestia tylko i wyłącznie indywidualna). Skąd wiemy, że pierwszy z powyższych filarów wystarczy duetowi do osiągnięcia dobrej płyty? Bo tegoroczny The Lemon Of Pink opiera się na nim wyłącznie. A efekt ciągle budzi zainteresowanie.

Dla osoby mającej uprzednio kontakt z Thought For Food, rozdziewiczanie jego followera jest jednak dosyć bolesne. Kłuje w uszy zbytnie skupienie się na żywych instrumentach (jak banjo czy też wiolonczela), przy ograniczeniu ilościowym (i jakościowym również) tak wybornych dotąd sampli. Doprowadziło to do wyraźnego zawężenia skali różnorodności wydobywanych (ściśle: kompilowanych) dźwięków. Nie zaznajemy zatem kąpieli tak obfitej w radosne okrzyki, bity, biciki, orkiestry symfoniczne, piski, szurania, zabębnienia, wessania, pacnięcia, plumknięcia, drapnięcia. Dominujące w zamian formatowania ludzkich głosów (które układają się na przykład w słowa modlitwy czy też pożegnania pasażerów samolotu) to dziś dla osoby będącej w miarę choćby na bieżąco chleb powszedni. I nawet, jeśli ciągle wyzwalają pozytywne reakcje (jak rozśmieszające zdania mądrzących się profesorków w "Take Time": "That which is now has already been" oraz "Something is happening which is not happening at all"), nie wymiatają.

Ciągle niedoścignione dla innych są za to wydarzenia dziejące się w tle. Jak krążące po wąskich elipsach księżyce raz zbliżają się one do pierwszego planu, upodobniając się do niego, raz z kolei ignorują go, z powodzeniem podążając własną drogą. Diabelski kunszt szermierki strukturami skłania do nadania tym momentom tytułu highlightów krążka; to chwile, z którymi szczerze pragniemy się zaprzyjaźnić. Bardzo wysoka częstotliwość wszelakiej maści transformacji i załamań na to jednak nie pozwala. Taka koncepcja na Thought For Food zdała egzamin na szóstkę: każdy zakręt wiązał wówczas się z nowym, radującym duszę widokiem. Obecnie nieraz bywamy wiedzeni albo w krajobraz nudnawy swą nieszczególnością (jak w bezowocnych zabawach formą "The Lemon Of Pink 1" i "The Lemon Of Pink 2"), albo w taki, z którym od dawna jesteśmy obeznani (jak w "S Is For Evrysing" – z większością zbudowaną na podkładzie z urywków dialogów). Dlatego choć ocena liczbowo pozostaje mniej więcej taka sama, to już w rozleglejszej skali.

Pomimo słabszej formy Books nie da się nie lubić. The Lemon Of Pink choć nie wykazuje żywotności poprzednika, jest ostatecznie albumem nastrajającym wyjątkowo pozytywnie. No bo czy możliwym jest nie śmianie się przy opisanym na początku tej recenzji "Explanation Mark"? Albo weźmy utwór, w którym autorzy najintensywniej udzielają się wokalnie: jaki nadano mu tytuł? "Don’t Even Sing About It"! Te wyjęte z kontekstu przykłady to ledwie namiastka. Bo stałym tak naprawdę jest tu stan lekkiego uśmiechu, nawet gdy pomysły na zgranie sampli z partiami instrumentów szwankują, gdy przyzwyczaisz się do innowacyjnych przecież ciągle cięć powierzchni, dociera do ciebie głos z otchłani podświadomości: "Postać kolesi z Books, he he!". No właśnie, he he!

Jędrzej Michalak    
22 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie