RECENZJE

Bonobo
Migration

2017, Ninja Tune 3.6

Najnowsza płyta brytyjskiego propagatora eleganckich dźwięków zapowiadała się całkiem obiecująco. Nagrywając swe dzieło podczas licznych podróży, twórca starał się uchwycić specyfikę odwiedzanych miejsc poprzez połączenie dźwiękowej egzotyki poszczególnych krajów z autorską wrażliwością. Wszystkie elementy układanki pozornie składały się w interesującą całość, jednak końcowy efekt ciężko nazwać zadowalającym. Z przykrością muszę stwierdzić, że w Migration jest tyle multikulturowości, co w pizzy z ananasem.

Pierwszym poważnym grzechem materializującym się w każdym utworze jest strach przed pełnym wykorzystaniem potencjału. Bonobo sprawia wrażenie kogoś, kto panicznie boi się wyemigrować ze strefy komfortu, w której tkwi (na własne życzenie) od dobrych kilku lat. Etykietka muzyki do bólu nieinwazyjnej ciąży tym razem jeszcze bardziej niż zwykle, ponieważ banalizuje kulturowe bogactwo, z którego próbuje czerpać brightoński artysta. Mimo współpracy z marokańskimi wirtuozami i samplowania dźwięków hongkońskiego lotniska, gwiazda Ninja Tune wciąż mentalnie siedzi przed komputerem w jednym z brytyjskich szeregowców. Wygodny fotel stymuluje go znacznie mocniej, niż przemierzane kilometry. Nic więc dziwnego, że najciekawsze brzmieniowe rozwiązania zostały tu zredukowane do roli trywialnych ozdobników. Słuchamy bowiem kreacji turysty, dla którego eksploracja globu ogranicza się do zwiedzania hoteli i picia lokalnych drinków.

Podróżnicze inspiracje tracą atrakcyjność również z powodu zastosowania przygniatającej dawki melancholii. Próby wprowadzenia odbiorców w stan zadumy nad otaczającą rzeczywistością usypiają swą nijakością. Nad całym materiałem unosi się nieznośna eteryczność, która otępia niczym silna anestezja. Elektronika w wydaniu Bonobo funkcjonuje jako tło doczepione na siłę do codzienności. Kolekcja tych nudnych, muzycznych szkiców budzi skojarzenia z odgłosami telewizora umilającymi niedzielny obiad. Krótko mówiąc – downtempo i do windy, i do kotleta.

Migration nie broni się też jako solidny, rzemieślniczy wytwór. Warsztatowe braki Brytyjczyka prowokują do zadawania pytań o profesjonalizm wyjadacza klubowych parkietów. Mam tu na myśli chociażby sposób wykorzystania gościnnych wokalistów, których autor The North Borders nieumiejętnie wkleja w banalnie oczywiste pętle, całkowicie kastrując intensywność ich głosów. Simon Green spycha współpracowników na trzeci plan i nie daje rozwinąć skrzydeł. Co więcej, mieszkaniec Brighton w bardzo dosłowny sposób zdradza swoje inspiracje. Te koncepty mają jednak więcej wspólnego z pozbawionym wyobraźni naśladownictwem, niż błyskotliwą, postmodernistyczną zabawą. Większość kompozycji nosi w sobie zauważalne ślady kolegów po fachu. Bonobo przegrywa więc na wszystkich polach – jego twórczości brakuje zarówno iskry geniuszu, jak i uczciwości poczciwego wyrobnika.

Bonobo stworzył album dla nikogo. Wyznawcy Anglika będą zawiedzeni obcowaniem z marną namiastką dawnej formy ich idola. Niestety, sprawdzony przepis na sukces tym razem okazał się fiaskiem. Z kolei mrugnięcia okiem do bardziej wymagającego słuchacza są zbyt zachowawcze, aby można było się nimi ekscytować. Migration ma robić dobrze zwolennikom i sceptykom, ale zawodzi obie grupy. Szkoda.

Łukasz Krajnik    
26 stycznia 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy