RECENZJE

Bonobo
Black Sands

2010, Ninja Tune 6.2

AG: "Szczerze?" Nie przypominam sobie słuchania Bonobo po okresie matur, podobnie jak słuchania Air ani solowej Feist. Bez żadnej wyraźnej przyczyny, bez zrywania zaręczyn. Ot, duch czasu i zapewniam, "jest nas więcej takich jak ja". Główny powód dla którego dziś wolno nam czuć się obojętnym dla, czy opluwanym przez muzykę Bonobo, to fakt, że jest ona tak nieznośnie, tak do cna, tak notorycznie Starbucks-style media-friendly. Ale co to w ogóle za zarzut. A Numer Tedzikowi, bo lubi komercję? Z jednej strony, jesteśmy niby dorosłymi ludźmi. Z drugiej, wszyscy pamiętamy Wielkie Jak To, kiedy głos Leslie zawojował swoją drogę do działu za działem w Saturnie, wszyscy znamy ludzi, którzy w rubryce hobby wpisują cynamon. Więc zrozumiałe, że jeśli ktoś przeszedł w życiu ewolucję od Air do, dajmy na to, Liquid Liquid, od Feist do Gangsta Boo, czy od Bonobo do Pincha-nie-Pincha, będzie miał na początku, niezależnie od wykonanej gimnastyki, drobny dysonans poznawczy i taką sobie frajdę z Black Sands. Natomiast jeśli ktoś nigdy nie przeszedł, albo przeciwnie – od razu wymiatał na samoświadomce – z miejsca wygrywa, bo płyta warta jest udręki wymazywania kontekstu. Chociaż robi co może, żeby się z tym kryć. Wybór wokalistki rodzi pierwszą kontrowersję, bo Andreya Triana przez większość czasu jedzie po krawędzi easy-listeningowej sztampy. Jazzujące fragmenty, kiedy akurat nie suną gładko jak wzięte z Riding the Nuclear Tiger brzmią jak twoja codzienna porcja Ninja Tune i grzęzną. Bonobo robi sporo, żeby odwrócić uwagę od jasnych punktów albumu, od których roi się przecież niczym na cekinowych majtkach. Każdy je ma, nikt się nie obnosi, a jakże miotą czasami!

JM: Mój główny zarzut wobec Szymona Zielonego brzmi tak, iż nie da się go odróżnić od Amona Tobina. Bonobo to wszak średnia wyciągnięta z wszystkich tendencji, ku którym autor Bricolage czy też Permutation się skłaniał. Mniej tu może rozmachu, ale tak poza tym to dałbym się nabrać, że Dial "M" For Monkey to trzeci (po wyżej wymienionych) klasyk Tobińskiego. Najnowszy krążek Bonobo oferuje pewne urozmaicenia, czy to akustyczne (patrz tytułowy), czy to wokalne (patrz "The Keeper"), w zasadzie także trudno na nim wskazać fragment pozbawiony downbeatowego czaru. Ma Green doń rękę, owszem, jednocześnie jednak trudno nie zauważyć, że próbuje nam sprzedać towar dostępny na rynku już od dekady – kupuję, ale nie bez targowania się.

FK: Mnie się tam podoba, że Bonobo broni honoru Amona, bo Amonowi jakoś to nie wychodzi. Trzy lata minęły od Foley Room, a ja nadal jestem obolały po tym albumie i z pewnym niepokojem czekam na nadchodzące dokonania Tobina. To musiała być jakaś wybujała ambicja, która wyprowadziła mistrza na manowce (dosłownie), czy do zoo, żeby nagrywać świstaki. A tymczasem ambicją Bonobo jest co najwyżej konsekwentne (podkreślmy) rozwijanie swojego sposobu na muzykę, który przysporzył mu sympatyków i utrzymał tych, którzy kontekst mają w poważaniu. Facet robi dokładnie to, czego od niego oczekujemy, daje album spójny, nieco przewidywalny w swojej świeżości i momentami rzeczywiście uzależniający ("Prelude" / "Kiara", "We Could Forever", proooooszę Was, to nie jest fajne?). I w ostatecznym rozrachunku zadowoleni są wszyscy a doszukiwanie się słabizny kończy się co najwyżej na jakże zacnej ocenie 6.2. I dla jasności – w tym wypadku nie ja dałem najwyższą notę.

MHJ: Bonobo to ten, którego przejrzyste, dźwięczne melodie nigdy nie przestaną mi się kojarzyć z powoli przetaczającym się woskiem w lampach typu lava. I wyobrażenie to jest tyle kojące, co rozkłapca i sprawia, że otoczenie staje się amorfem, traci postać, osobiście robię się sferycznym wałkiem, a gołębie na parapecie (wraz z uchyleniem – zdarza się, że i wewnętrznym) aspirują do nielotów. Istota rękawów w odzieży, nogawek, wylotów na głowę, butów przestaje łączyć się z jakąkolwiek funkcją. Kawa na czczo jednak podrażnia żołądek. Łagodne symfonie, rozgrzeszony głos Andrey'i Triany (notabene wpadający w Yukimi Nagano), lounge'owy dzyngielek, watolinowa rytmika sprawiają, że czuję się jak apatyczny samopas, z siebie niekontent i z tego, że mimo wszystko nie udaje mi się przystać na sugerowane piękno z jego bonsai-estetyką. W obliczu oczywistych i nade (nade) niewinnych uroków, nie zgadzać się z nimi, to już po prostu lepiej dać sobie spokój i bez specjalnej obrazy "wziąć i zostawić". A na otuchę – wykrochmalony fartuch i seria mostków – wrócą mnie do zwierząt.

Aleksandra Graczyk     Jędrzej Michalak     Magda Janicka     Filip Kekusz    
7 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie