RECENZJE

Bonnie "Prince" Billy
The Letting Go

2006, Drag City 6.2

Archiwum GG prawdę Ci powie: moja pierwsza reakcja po zetknięciu się z The Letting Go była zdecydowanie zbyt pozytywna. Jakiś powód tej pierwotnej podjarki? Całkiem przyzwoity poziom tego wydawnictwa bez wątpienia mógł być miłą niespodzianką, bowiem od Oldhama, niegdyś mojego ulubionego songwritera, przestałem już tak naprawdę wiele oczekiwać. Za dużo chybionych pomysłów przydarzyło mu się na przestrzeni kilku ostatnich lat, płyty które ukazały od czasu Master And Everyone (który to album potrafi mnie zimową porą czasem poważnie wzruszyć, inaczej niż redaktora Zagrobę) były w dużej mierze niesłuchalne, może oprócz krążka Superwolf ratowanego w dużej mierze przez udział Sweeneya. Nie uwierzę, że ktoś z przyjemnością wraca do chybionych coverów zarejestrowanych z Tortoise czy nagranych na nowo utworów Palace Music. Gwoździem do trumny zdawało się być CD dokumentujące nieudaną według mnie trasę z muzykiem Chavez, na której wyraźnie słychać, że współpraca obu panów, która dobrze sprawdziła się w studio zdecydowanie gorzej wypadała live, czego najdobitniejszym przykładem było profanowanie na koncertach pieśni "I See A Darkness". Jeśli dobrze pamętam jej wersja z elektryczną głośną gitarą Sweeneya brzmiała jak coś z repertuaru G'n'R.

W wyżej wyjaśnionym kontekście moje dobre przyjęcie nowej płyty Bonniego nagranej w stolicy Islandii z wydatną pomocą producenta Valgeira Sigurdssona nie musi już dziwić. Tym bardziej, że album ten, którego tytuł zaczerpnięty został z jednego z wierszy Emily Dickinson, to moim zdaniem najlepsze dokonanie brodacza od czasu folkowego Ease Down The Road i chociaż nie jest to aż tak dobry krążek, jak początkowo rozgłaszałem, to jako towarzysz bezsennych nocy sprawdza się znakomicie. Podobnie jak Superwolf zawdzięcza swoje co ciekawsze fragmenty Sweeneyowi, tak i na powodzeniu tego albumu niewątpliwie zaważył w dużej mierze udział wokalistki Dawn McCarthy z grupy Faun Fables. Wprawdzie już przy nagrywaniu Master And Everyone Bonnie zatrudnił śpiewającą panią, Martę Slayton, ale jednak w charakterze zdecydowanie ograniczonym w porównaniu z obecnością żeńskiego głosu na najnowszej płycie. Pomoc Dawn nie ogranicza się bowiem do chórków i śpiewania linijek napisanych dla niej przez Willa, ona jest wokalistką niemal na równych prawach z Oldhamem, a do tego częśc tekstów stworzyła sama (w poruszającym "Then The Letting Go"). Za najlepszą kontrybucję McCarthy wypadałoby uznać "I Called You Back": stary już niby jestem, ale nadal potrafi mnie taki prosty utwór wzruszyć i nie wiedzieć czemu przywołać szczęśliwe wizje przyszłości, w których główną rolę odgrywają czerwone wino, świece i wylegiwanie się przy kominku z moją dziewczyną, bez dwóch zdań najładniejszą fanką Bonniego, jaką znam.

Dawn jest więc heroiną zdecydowanie pozytywną, ale niestety nie zabrakło na The Letting Go także szwarccharakterów. Mowa tu o znanym ze współpracy z Björk Nico Muhlym oraz jego pomocniku (Ryder McNair), którzy są odpowiedzialni za przeładowanie płyty smyczkami. Ich użycie nie razi wprawdzie w nieco cave'owskim openerze, gdzie znakomicie współgrają z delikatną perkusją Jima White'a z Dirty Three, ale już w nieudanym singlu "Cursed Sleep" czy "The Seedling" przytłaczają i sprawiają wrażenie dodanych nieco na siłę rażąc swoją nachalnością. Osobiście wolę Oldhama mniej rozbuchanego aranżacyjnie, takiego jak w "Strange Form Of Life" (partia gitary od 2:46 to jeden highlightów płyty) czy w "Lay And Love" z zaskakującym jak na tego artystę użyciem automatu perkusyjnego. Ten ostatni utwór przypomina ponadto, że Billy umiejętnie jak mało kto potrafi pisać o rzeczach, o których ja z trudem umiem mówić nie popadając w banał, fragment "From what I hear you are generous / You make sunshine and glory too / When you walk in things go luminous / It makes me lay and love you" jest tego najlepszym dowodem.

Czytałem gdzieniegdzie, że The Letting Go można postawić niemal na równi z I See A Darkness, ale proszę, nie oszukujmy się. Na najnowszym krążku Willa jest parę wypełniaczy (przede wszystkim "Cold & Wet" czy zadedykowany Baby Dee "God's Small Song"), które postawione obok dowolnego utworu z płyty ze słynną czachą na okładce wyglądałyby jak George Lazenby przy Danielu Craigu. Ciesząc się więc z częściowego odzyskania formy przez Bonniego należy równocześnie pogodzić się z tym, że prawdopodobnie nigdy nie nagra on już niczego na miarę wspomnianego albumu z 1999 roku czy innego swojego szczytowego osiągnięcia - debiutu Palace Brothers There Is No-One What Will Take Care Of You.

Tomasz Waśko    
25 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss