RECENZJE

Bonnie "Prince" Billy
Sings Greatest Palace Music

2004, Drag City 3.8

I kurde znowu wygląda na to, że nie rusza mnie specjalnie Oldham w tradycyjnym wydaniu; moja wrażliwość nie sięga aż tak daleko. Choć nawet obiektywnie: pomysł coverowania pieśni Palace trudno uznać za trafiony, w momencie gdy nowe wykonania nie wnoszą nic ciekawego do wersji pierwotnych (przypuszczalnie wręcz "wynoszą" to, co wcześniej przykuwało w nich uwagę). Z największego dzieła z okresu pałacowego, niełatwego w odbiorze Viva Last Blues, przebija nieoczywista, ulotna magia, oczywiście zatracona po dziesięciu latach na kompilacyjnym Greatest Palace Music. I jeśli tamten Billy sprawiał wrażenie w pełni dojrzałego, mądrego artysty, obecnie może jedynie uchodzić za barda przejrzałego. Przejawia się to między innymi w niechęci do bardziej stanowczych zmian – po co wydawać te same utwory, jeśli się ich wyraźnie nie modyfikuje? Pozorne udoskonalenia produkcyjne nie powinny takiego posunięcia usprawiedliwiać. Zatrudnienie line-upu, który w Nashville mógłby uchodzić za "klasyczny", składającego się z niezwykle renomowanych muzyków sesyjnych, to znakomite posunięcie, o ile wykorzystuje się instrumentalistów w większym stopniu, niż przy odgrywaniu skromnego akompaniamentu i odstawiania paru dodatkowych, bardzo zachowawczych jazzujących solówek.

Czar najpiękniejszych dokonań Willa Oldhama przesyca zaledwie kilka kompozycji. Wyjątek potwierdzający regułę, czyli natchnioną wersję pięknej Harvest-owej kołysanki "New Partner" znanej z Viva, tutaj zrealizowano zuchwale, z polotem i jednocześnie szacunkiem dla oryginału. Celtyckie melodyjki, dodatkowe chórki, wyraziste pianino i subtelne trąbkowe outro wydobywają z usypiającej ballady pokłady energii. Bogato przearanżowane "Viva Ultra" osiąga podobne efekty, ożywiając statyczny kawałek. "More Brother Rides" broni się songwritingiem, ale nie zapominajmy, że to chyba główny killer Vivy, nie przekazujący w swoim nowym wcieleniu nawet ułamka tych emocji. Produkcja Albiniego i dramatyczny performans wtedy jeszcze bardziej zaangażowanego Oldhama okazują się nie do przeskoczenia. Słodki, orkiestralny "Gulf Shores" wypada całkiem ładnie; z drugiej strony nie ma powodu by zachwycać się czymś, co Kurt Wagner robi od ręki.

Lwia część albumu nie przekonuje specjalnie. "Ohio River Boat Song" odrzuca obskurnym trad-country, a dwa tracki ze składanki Drag City, nie pasujące całkowicie do klimatu wydawnictwa, to już pełnoprawna porażka. "I Send My Love To You" zapodaje regularnego kowbojskiego rokendrola, natomiast "I Am A Cinematographer" paraliżuje atmosferą szczerej wiejskiej balangi na Dzikim Zachodzie i ostatecznie przekonuje co do bezzasadności wysiłku Bonniego "Prince" Billy.

Michał Zagroba    
5 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie