RECENZJE

Bonnie "Prince" Billy
Master And Everyone

2003, Drag City 5.6

Czy ominął mnie moment, kiedy Bonnie Billy uzyskiwał status drugiego Leonarda Cohena? Niewątpliwie, w krótkiej historii muzyki rockowej zaistniało kilka wielkich indywidualności songwriterskich, podniesionych praktycznie do rangi współczesnych profetów, kult których powinno się właściwie rozpatrywać w kategoriach socjologicznych, natomiast na razie Oldham do nich nie należy. Ktoś powinien mu o tym wspomnieć, bo najwyraźniej zbyt szybko uwierzył we własną ponadczasowość. Jasne, Leonard w wieku emerytalnym wydaje sobie dziesięć najzwyczajniejszych, nowych piosenek i rzeczywiście jest cool. Z kolei staruszek Dylan wypuszcza krążki grubo po latach największej świetności, nie oferując następnym pokoleniom nawet pół procenta nowoczesności, a jednak nie masz pan prawa się do niego przyczepić. Obie te postaci łączy niegdysiejsza gloria i chwała, obaj twórcy w pewnym sensie wykroczyli poza ramy krytyki, bo niby jak oceniać żywe legendy. Na aktywność Dylana i Cohena w latach 90-tych nie patrzy się pod kątem suchej jakości muzycznej, tylko jak na cenne wypowiedzi artystów, których wartość została już dawno przez historię zweryfikowana. Problem w tym, że Bonnie Billy w żadnym wypadku nie kojarzy się z człowiekiem wypalonym, niezdolnym do wdrapania się chociażby o parę schodków wyżej w kreowaniu oryginalnego stylu. Jeszcze kilka lat temu Will Oldham, bez dwóch zdań umysł wielki i wrażliwy, objawił światu porażająco piękny album, słuchanie którego za dnia graniczy ze świętokradztwem równym myszkowaniu przy ołtarzu w kościele na Jasnej Górze. Aż trudno uwierzyć, żeby przez tak niewielki okres moce twórcze odfrunęły, pozostawiając Oldhama w stanie kompletnego bezwładu. A jednak to właśnie klasyczna starcza stagnacja, połączona z mądrością człowieka doświadczonego, zrezygnowanego i pogodzonego z losem przebija z Master And Everyone.

Z drugiej strony gdyby w tej chwili siedziała obok mnie osoba do wszystkiego nastawiona pozytywnie zapewne usłyszałbym, że Bonniego Billy też trzeba zrozumieć, że on też jest już troszeczkę rozczarowany tym światem. Nie musi mieć ochoty po raz kolejny szukać doskonałej formy, by oblekać w nią swoje dramatyczne przemyślenia. Bo tak na dobrą sprawę I See A Darkness było osiągnięciem ogromnym, songwriterskim artystycznym apogeum, być może sam autor zdając sobie z tego sprawę, uznał powtórkę za wysiłek ponad jego siły i talent. A ja nie jestem tu, żeby to zmienić, lecz racjonalnie ocenić.

Jakkolwiek by się to nie przedstawiało, rezultatem jest skrajnie surowy album alt-country'owy, dziesięć identycznych, folkowo zabarwionych piosenek całkowicie odartych z warstwy aranżacyjnej. Idea wydaje się bliska poezji śpiewanej – lekko chrypiący Oldham w towarzystwie akompaniamentu, na który składa się zaledwie powolnie brzdąkająca gitara akustyczna, operująca w obrębie kilku dźwięków i głęboki bas. Billy czasami wsparty jest obecnością żeńskiego wokalu Marty Slayton, pełniącego rolę jednoosobowego chórku lub dublującego główną linię, subtelnie ją uwypuklając. Nad wyraz oszczędne przeobrażenia melodyczne zaznaczone są w najprostszy sposób, zazwyczaj polega to na przechodzeniu ze zwrotki do refrenu, podkreślonego na przykład wejściami wiolonczeli lub organków.

Utwory, chociaż dość nieruchome w swojej strukturze, noszą jednak pewne znamiona kruchości i delikatności. W tym pozornie do bólu zwykłym i prostym albumie drzemią gdzieś głębiej urok i elegancja, wskazujące, że nie jest to przeciętne dzieło grajka odwalającego swoje smuty w pięć minut, żeby szybciej zrealizować czek i popstrykać po kablówce. Aranżacyjna asceza nie ujmuje kompozycjom w rodzaju "Ain't You Wealthy, Ain't You Wise?", gdzie najwyraźniej dochodzi do głosu zbolała, schorowana maniera Oldhama czy tym prezentującym lekko ezoteryczno-folkowy charakter, trochę jak Calexico rozebrane niemal do naga, do samej melodii. Niestety potrafi także wkraść się klasyczna bardowska bezpłciowość, co sprawia, że momentami do ukrytego uroku trudno się niestety dokopać. Więc pewnie go tam nie ma, cóż.

Master And Everyone nie nawiązuje do ostatnich płyt Bonnie Billy, zwracając się ku wczesnemu, oszczędniejszemu etapowi twórczości Willa Oldhama. Nie podejmuje też wątków I See A Darkness, na szczęście. Telewizja to pokazała. Obawiam się jednak, że brak świeżości zgubi to wydawnictwo i już za dwa lata nikt nie będzie o nim pamiętał.

Michał Zagroba    
29 maja 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja