RECENZJE

Bonnie "Prince" Billy
Lie Down In The Light

2008, Drag City 4.2

Jeśli jakiś Boni mnie ostatnio zaskoczył, to Michał. U księcia zaś bez szaleństw. Lie Down In The Light nie jest ani kalką poprzednich albumów, ani przełomem, ani nawet "naturalnym rozwinięciem motywów zawartych na wcześniejszych wydawnictwach", jest po prostu kolejną płytą Willa Oldhama. A powyższe zdanie, w całej swej redundancji, wydaje mi się teraz idealnie odzwierciedlać rolę, jaką pełni nowe nagranie Bonniego w stosunku do swoich kilkunast poprzedników.

Książę, pomimo wieku, conradowską "smugę cienia" ma już za sobą – teraz afirmuje. Nasz dzisiejszy bohater miał już płyty, z których delikatnie przebijała się radość (Ease Down The Road), ale z tej optymizm wręcz bije. Wynika on z poprzestawania na małym, zawierzenia Bogu i obecności bliskich. Cieszy mnie szczęście Oldhama, tyle że determinuje ono moje nieszczęście – artysta-stoik to artysta-nudziarz. W przypadku Bonniego – inteligentny, utalentowany, doświadczony, ale wciąż niezajmujący.

Lie Down In The Light jest płytą bardzo nierówną. Początek jest naprawdę udany, chociażby "You Remind Me Of Something", kontynuujące wątek damsko-męskich duetów, rozpoczęty na The Letting Go. Wspólne śpiewanie brzmi jeszcze lepiej na "So Everyone", gdzie w refrenie delikatnie wkrada się trąbka. Słucha się tego naprawdę nieźle, ale gdzie temu do "Listen To The Wind" Pauli Frazer i Brenta Johnsona. Zupełnie przestaje się czepiać, gdy na wyświetlaczu pojawia się czwórka i mam do czynienia z "For Every Field There's A Mole". Śliczna piosenka o tomistycznym porządku z delikatnym, mruczącym chórkiem, cudowną partią klarnetu i wersami: "There's a time to sing these things / And a time to have it sung" i dalej: "There's the souls to cry among / For the things that don't get sung". Całkiem prawdobodobne, że najbardziej poruszający utwór, jaki słyszałem w tym roku.

Gdyby z Lie Down In The Light zrobić EP-kę, to pewnie znalazłaby się w pierwszej dziesiątce tegorocznych wydawnictw. Niestety utworów jest dwanaście, a pomysłów ma Bonnie znacznie mniej. Przebrnąć przez repetywny do bólu "Other's Gain" nie jest łatwo. Przez cztery i pół minuty słuchamy tych samych akordów i księcia, który śpiewa w kółko to samo, w ten sam sposób. "You Want That Picture", to kolejna piosenka z gościnnym występem Ashley Weber, ale zdecydowanie najsłabsza. Typowa budowa: zwrotka-refren-zwrotka-refren, na plus jedynie mostek po pierwszym refrenie. "Missing You" to, na dobrą sprawę, dwuipółminutowy wstęp do paru sekund puenty. Kolejny "What Missing Is" to utwór podobny do poprzednika, tyle że jest dwa razy dłuższy i brak mu pianina oraz puenty.

Pod koniec krążka Bonnie jeszcze raz zbiera siły i raczy nas jedną bardziej energiczną piosenką ("Where's That Puzzle"), gdzie ważną rolę pełni gitara i może się to kojarzyć z bardziej rockowym Youngiem czy 16 Horsepower (tymi zdecydowanie lżejszymi momentami). Ostatni na płycie jest cover, koleżanki Sufjana Stevensa, Shannon Stevens, który został wybrany chyba głównie ze względu na tekst, bo w warstwie muzycznej nie ma w nim raczej niczego porywającego. Piosenka jest hymnem na cześć Boga, więc możemy śmiało stwierdzić, że Bonnie nagrał płytę, która mogłaby się podobać Davidowi Edwardsowi i Mike'owi Scottowi (w ogóle teksty z Lie Down In The Light często przypominają mi o Universal Hall).

Miałem przyjemność słuchać w tym roku kilku płyt z nurtu alt-country czy americana. Z braku Callahana, Beama czy (nawet) Tweedy'ego byłem pewien, że to wreszcie czas dla Oldhama, a jednak zapowiada się, że częściej wracał będę do Samamidona, Neila Halsteada, Woven Hand i Calexico. Skończę, zanim dojdę do jakiegoś Noah And The Whale i zacznie pachnąć świętokradztwem. Zwłaszcza, że wszyscy pamiętamy, iż "Cowboy Will was a major player in the cowboy scene."

Jan Błaszczak    
26 września 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja