RECENZJE

Bon Iver
For Emma, Forever Ago

2008, Jagjaguwar 6.0

Niczym współczesny muzyczny odpowiednik Thoreau, Justin Vernon zaszył się na trzy miesiące w leśnej głuszy Wisconsin, by w spokoju pokontemplować nad tym i owym, zaznać doświadczalnie namiastki toposu amerykańskiej kultury (tak, naprawdę), czyli życia blisko natury, w prostocie i duchowym zrównoważeniu, oraz – przy okazji – spłodzić dziełko będące skondensowaną pigułką wypływających z tego typu pustelniczej egzystencji przemyśleń, nastrojów i wartości. Nie ważne już, czy chodziło o Emmę, zbliżający się krach naszej cywilizacji czy znudzenie konwencjonalnym bytem w coraz mniej przyjaznej Ameryce – pod pewnym względem udało się mu bowiem wyjść z całego incydentu bogatym nie tylko w odpowiedzi na nurtujące go pytania, ale także rozwiniętą umiejętność przełożenia spostrzeżeń i rozterek na dźwiękowe deklamacje, godną największych bardów muzyki "rozrywkowej".

Jeśli kogoś bowiem interesują jeszcze takie kategorie jak szczerość i autentyczność współczesnego singer/songwritingu, to tak się składa, że For Emma, Forever Ago wypada tu znacznie lepiej niż te kilkadziesiąt ostatnich pozycji sygnowanych nazwiskiem Willa Oldhama, nie wspominając już o pojawiających się co pewien czas nowych twarzach americana'owych genres – relatywnie bezpretensjonalni Fleet Foxes brzmią tu dla porównania niczym produkt sztabu specjalistów od marketingu. Prawdziwość pół-abstrakcyjnych, pół-śmiertelnie poważnych linijek Justina Vernona to ogromna siła tego skromnego zbioru folkowych pieśni ("So many foreign worlds / So ready for us / The creature fear"). Ale wspomniana autentyczność bynajmniej nie przejawia się tylko w warstwie lirycznej – minimalistyczna instrumentalizacja, wszechstronny w barwie i nastroju głos Justina oraz domowe warunki produkcji to niemniej istotne elementy, kształtujące naprawdę wyjątkowy klimat twórczości Bon Iver.

I w tym miejscu przechodzimy do rozpatrywania walorów czysto muzycznych, gdzie sprawa się trochę komplikuje. Prawie każdy z kawałków śmiało wykracza poza folkowe ramy swoim zamysłem kompozycyjnym; przy zachowaniu wspólnego, ascetycznego kręgosłupa brzmieniowego, poszczególne motywy ocierają się raz o ekstatyczny pop, raz o alt-country, a czasem wpadają całą szerokością w murzyński soul (wokal w "The Wolves" przecież). Mimo to, jak na tak ciekawą postać artysty, a także jakość realizacji całej "otoczki" wokół zapisu nutowego, nagranie nuży całkiem często, a w mieliźnie koleś ugrzęza w najmniej spodziewanych momentach. Nierówność uderza z siłą nie mniejszą niż szczerość przekazu, i w tym momencie pozostaje tylko zastanowić się, czy naprawdę ma to dla nas znaczenie. Moja odpowiedź brzmi – sześć zero.

Patryk Mrozek    
7 października 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy