RECENZJE

Bon Iver
Bon Iver

2011, Jagjaguwar 6.8

”O leśna głuszy! Dziczy spowita padającym śniegiem! O szronie na ściętej mrozem tafli! Wychodzę!” – zakrzyknął Justin Vernon w swej myśliwskiej chacie. W łykowych karplach ruszył w puszyste zaspy, przedarł przez zamiecie. Winterreise skończona. A może wcale nikt nie wołał, tylko echo grało, ja zaś nie mogłem się powstrzymać przed rozpoczęciem apostrofą nośną jak dźwięk waltorni.

Niespodziewany powrót muzyka do domu zbiegł się całkiem osobliwym wydarzeniem. Rozdzwoniły się telefony, a jedną międzymiastową zamówił pewien niezmiernie znany producent. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Podróż na Hawaje, a następnie udział w ciemnej zakręconej fantazji, przypominającej Wild Women Johna Forda, w którym ”Cheyenne Harry i jego ranczerzy, popijając koktajl a la Honolulu, zostają nawiedzeni przez dziwne sny mórz południowych”. Analogiczna sytuacja: jednego wieczoru rąbiecie drwa na opał, para unosi się z waszych ust a kołysankę nucą jakieś wilki, a kolejnego rozbijacie się po mieście czarną bryką w towarzystwie sławnych i bogatych. Zebrawszy tego typu rozdzierające doświadczenia, Vernon stanął przed wyborem swej folkowej ścieżki: pomiędzy brzytwą Sufjana a old-scholastyczną kontynuacją. Ta recenzja spotyka go nadal na rozstajach.

Gdy podążamy tropem wyraźnym w głębokim śniegu, jesteśmy pewni, że niewiele się w tej muzyce zmieniło. Farba zostaje na mijanych źdźbłach i liściach. Tutaj smutne piosenki dla Emmy, tam dla innych, usypia/koi nas znajomy głos. Po raz kolejny latem smakujemy dobrą zimę, cichą noc, (dark was the night), a w rześkim powietrzu niestrudzony kolędnik rozwija opłatki swych intymnych pastorałek. A jednak udaje mu się to, co nie wyszło ostatnio Lisom, czyli wywieść nas w pole.

Na miejscu wcale nie spotkamy go w fotelu z fajką przy kominku. Słychać to w całej gamie kompozycyjnych dekonstrukcji. Rupieciarnię starych klamotów przewietrzono, dla zachowania pozorów pozostawiając tylko kilka eksponatów. Już w otwierającym "Perth" należy docenić pracę włożoną przy przestawianiu rzeczy oczywistych w całkiem zaskakujące miejsca, jednak to zamykający "Beth/Rest" w końcu odkrywa filozofię tego założenia. Zaczynając synthem kojarzącym z Twin Peaks, zamiast tajemnicy zabójstwa Laury Palmer, ujawnia miłosny trójkąt Vernona, Petera Gabriela i Kate Bush. A my, słuchacze, jak po lekturze dobrego kryminału z niedowierzaniem kręcimy głową, że nie wpadliśmy na to wcześniej, bo przecież to było oczywiste i na widoku przez cały czas.

Tak, tak. Oszukał nas ten spokojny brodacz, w tradycyjne aranże pakując elementy soft popu, by pod koniec trochę poszaleć udając Hornsby’ego czy nawet Stinga. Sądząc po tytułach utworów, zastanawia się teraz dokąd uciec, bo formuła blefu na ascetyczny folk wydaje się już wyczerpana. W teledysku do najbardziej przebojowego Calgary obserwujemy pewną przebudzoną Antygonę, jak w norze, bynajmniej nie przytulnej hobbiciej, wygrzebuje sobie drogę ku wyjściu na świat. Wiążąc ze sobą fakty, jakiś czytający Junga redaktor lokalnej audycji mógłby o poranku postawić pytanie: ”Bon Iver, Bon Iver quo vadis?”

Wawrzyn Kowalski    
27 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie