RECENZJE

Bon Iver
22, A Million

2016, Jagjaguwar 6.5

Więc co z tym nowym Bon Iverem: doznawać czy nie? Zaraz wam wszystko powiem. Może zacznijmy od tego, że Justin Vernon po wydaniu sofomora zrobił długą przerwę od swojego sztandarowego projektu i w tym czasie zajął się wspomaganiem znajomków. Jego wokalnego ducha, najczęściej otoczonego autotune'ową panierką, można usłyszeć między innymi kilka razy na płytach Kanye Westa, parę razy u Jamesa Blake'a, u Flaming Lips, a ostatnio w singlu Francis And The Lights czy na Blonde Franka Oceana. Najwyraźniej po pięciu latach ta gościnna tułaczka nieco mu się znudziła, znudziło mu się również własne ładne nudzenie, ale doświadczenia, jakie udało się zebrać, wyraźnie zainspirowały smutnego, brodatego barda do zaprzestania snucia intymnej americany oraz opuszczenia bezpiecznego, pastoralnego folku w prostej linii wychodzącego od takich postaci jak Bonnie 'Prince' Billy, Bill Calahan, Mark Kozelek czy, w pewnej mierze, Sufjan Stevens. Na nowym dziele mastermind Volcano Choir postanowił zabarwić szkice digitalną menażerią, sporą garścią samplowych majaków oraz trickami wprost kojarzącymi się ze współczesnym hip hopem. W końcu czego Vernon wraz ze świtą by nie wymyślił (projekt Bon Iver to poniekąd taki sam casus jak Tame Impala), Pitchfork i tak przyzna łatkę Best New Music i podrzuci jakąś dziewiątkę, więc ten trzeci krążek to nawet nie jest RYZYK FIZYK.

W tym nowym przyborniku znalazł się oczywiście zaprawiony w bojach autotune, którego tak bardzo nienawidzą niezalowi puryści, czytelnicy Teraz Rocka i komentatorzy z Onetu, bo przecież to on zabija wszystkie emocje, banalizuje PRZEKAZ, kaleczy BRZMIENIE i sprawia, że muzyka przestaje być PRAWDZIWA. Ale wydaje mi się, że to nie jest najistotniejszy aspekt 22, A Million. Złapałem się na tym, że tak jak Woody Allen całe życie kręci jeden film, tak Bon Iver ciągle nagrywa ten sam album. Za każdym razem podejście, dobór środków i czasy są inne, ale zawsze kończy się na krótkim, dość oszczędnym, "jesiennym" krążku z uroczymi, niezbyt odkrywczymi melodiami i przejmującym, smutnym wokalem Vernona na pierwszym planie. Tym razem można jeszcze pośmiać się z dziwacznych tytułów, ale trzeba przyznać, że gdy na youtube'owym kanale BI wylądowało lyric video do "10 d E A T h b R E a s T ⚄ ⚄", niejeden był zaskoczony metamorfozą jaką przeszedł songwriter: beat jakby zapożyczony od "środkowego" Animal Collective, w tle przyspieszone sample i wreszcie przylepiony do tej charakterystycznej autotune'owej podkładki lead vocal Bon Ivera, do którego w późniejszej fazie doskakują partie saksofonu i altówki. Wow, good job, Justin.

Z zasadzie jest to jedyny tak ostentacyjnie łamiący wcześniejszą konwencję wałek, ale nie jest to jedyny interesujący fragment 22, A Million. Chociażby "33 GOD" z całą tą podniosłą atmosferą, głosikami w tle i główną linią Vernona oraz symptomatycznym przełamaniem sampla na 1:12, wygląda mi na utwór prowadzony mocno w stylu ballad-widm z The Life Of Pablo. Jest też płynna konstrukcja "666 ʇ", gdzie w imponujący sposób udało się wyważyć wszystkie fakturowe elementy układanki, od samplowych wycinanek przez orbitujące wszędzie wokół melodyjki aż po trzymający wszystko w ryzach lament wokalisty. Ciekawie wypada "21 M♢♢N WATER" z ambientową rozpiętością między Stars Of The Lid i Bing And Ruth oraz digi-smaczkami po linii Jamesa Blake'a. A skoro już wspomniałem o tym utalentowanym gamoniu, to trzeba wypunktować, że Anglik na swoim debiucie robił znacznie ciekawsze rzeczy z wokalem od zupełnie zbędnej przeklejki "715 – CRΣΣKS". W pozostałych punktach płyty budzi się natura wrażliwego pieśniarza, jak w rozemocjonowanym "29 #Strafford APTS", kojącym "8 (circle)" czy we wzniosłym hymnie "00000 Million", ale nie są to już tak angażujące utwory jak highlighty: za dużo tu ogranego na wszystkich poziomach stylu wysokiego, a za mało błyskotliwych kompozycyjnych rozwiązań. Ale nie ma też co marudzić, bo nawet jeśli zaczyna robić się trochę ospale, to przynajmniej Vernon nudzi z klasą i nigdy nie przekracza dopuszczalnej granicy epatowania patosem. Nie przesadzajmy, że to jakiś absolut na miarę Kid A, ale też dwa razy zastanowiłbym się nad druzgocącą krytyką tej solidnej, miejscami nawet wciągającej płytki ze śmiesznymi znaczkami na trackliście. Odpowiadając na pytanie z pierwszego akapitu: można, jak najbardziej, ale ostrożne.

Tomasz Skowyra    
11 października 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy