RECENZJE

Bombino
Agadez

2011, Cumbancha 6.8

Jakiś czas temu w dziale Przewodnik na Onecie (sic!) ukazał się świetny artykuł "Jak podróżować po Afryce – naga nieprawda". Administratorzy portalu chyba dość szybko zdali sobie sprawę z jego rebelianckiej treści, bo obecnie jedynym śladem felietonu w Googlach jest kilka martwych linków z Wykopu, ale niektórym udało się go przeczytać. Autor niemiłosiernie szydził w nim z europejskich turystów, jeżdżących do Afryki tylko po to, by potwierdzić swoje wyobrażenia o Czarnym Lądzie i odnaleźć tam powszechne stereotypy, od lat panoszące się w białej literaturze, filmach, prasie czy telewizji. Niektórzy chcą zobaczyć biedę i ludzkie cierpienie, by móc się nad nimi zatroskać z kuglarską tkliwością, a niektórzy w ogóle nie chcą ich widzieć – wtedy wybierają safari z obowiązkowym, reglamentowanym odstrzałem jakichś tropikalnych drapieżców lub wręcz przeciwnie, bezkrwawym polowaniem z aparatem fotograficznym, jeśli należą do grona przyjaciół zwierząt. Wszyscy natomiast przywożą z wojaży zdjęcia kobiet z odsłoniętymi piersiami lub "dzikich" tubylców, którzy specjalnie na okazję ich odwiedzin przyodziali odświętne, etniczne stroje. Pokazują je później wszystkim znajomym, z poczuciem, że "poznali" Afrykę.

Oczywiście poznają w ten sposób niewiele, przecież na dobrą sprawę nawet nie są zainteresowani poznawaniem. Chcą tylko zdobyć niecodzienne trofeum, na tyle wyjątkowe, żeby było jasne, że nie zostało zakupione pod Łowiczem, ale z drugiej strony na tyle rozpoznawalne, by każdy mógł je wpisać w swoją dotychczasową wiedzę i doświadczenia. Nie rozmawiają z tubylcami o ich problemach. Przecież każdy doskonale wie, co ich trapi, każdy ogląda National Geographic i TVN 24 – wystarczy tylko z pomocą przewodnika odnaleźć bolączki Afryki i na własną rękę je "udokumentować". Niewielu chce się też dowiedzieć czegoś o innych obyczajach czy sposobach życia, bo większość woli oglądać barwny skansen i przygotowane dla nich spektakle. Tak jest łatwiej, tak jest bezpieczniej.

Dlaczego piszę o tym wszystkim w recenzji muzycznej? Ano dlatego, że często niezwykle podobne jest podejście ludzi Zachodu do muzyki Afrykanów. Każdy z nas oczywiście wie, ile współczesna muzyka rozrywkowa zawdzięcza wzorcom przywiezionym do Ameryki przez czarnych niewolników, każdy jest w stanie rozpoznać "afrykańskie bębny" w nagraniach białych zespołów, a nawet się z ich obecności ucieszyć. Niewielu dałoby jednak radę choćby w przybliżeniu określić pochodzenie którejś z takich struktur rytmicznych, bo o zróżnicowaniu muzyki afrykańskiej nie wiemy prawie niczego. Nie mamy pojęcia o tamtejszym instrumentarium i wcale się tym nie przejmujemy, chociaż wielką ekscytację budzi w nas, gdy któryś z rockowych albo avant-folkowych muzyków gra na czymś egzotycznym. Lubimy, gdy się z tym obnosi, bo wtedy staje się "multikulturowy", "świeży", "poszukujący", a my mamy poczucie, że jesteśmy otwarci na nowe doświadczenia i poznajemy coś dotąd nieodkrytego. Nie ma w tym nic złego, zresztą z inspiracji stereotypową afrykańskością powstało wiele wybitnych albumów, od We Insist! Maxa Roacha aż po dokonania Gang Gang Dance. Gorzej, jeśli całą muzykę Afryki zaczynamy sprowadzać do obiegowych uproszczeń, a w ewentualnych eksploracjach oryginalnie afrykańskich nagrań poszukujemy jedynie dobrze już oswojonej "pierwotności", "plemienności" czy choćby polirytmicznej transowości.

W takiej optyce spotkanie z Agadez może zakończyć się konsternacją, jeśli nie ogromnym szokiem. Nie dość, że Bombino wywodzi się z berberyjskiego ludu Tuaregów, a więc ma niewiele wspólnego z tradycją muzyki subsaharyjskiej, zazwyczaj kojarzonej z Afryką, to gra na gitarze elektrycznej, a w jego muzyce można doszukać się wielu wpływów zachodnich. Jednakże wśród swoich pobratymców nie jest w tym odosobniony – echa nielegalnie rozprowadzanych kaset Hendriksa, Claptona czy Led Zepellin słychać u wielu współczesnych muzyków tuareskich, którzy garściami czerpią z czysto muzycznych patentów amerykańskich i brytyjskich idoli, przy okazji adaptując kontrkulturowy etos rock'n'rolla do sytuacji społeczno-politycznej swojej wspólnoty.

Tuaregowie to pustynni koczownicy, tradycyjnie zajmujący się handlem oraz wypasem zwierząt i w mniejszym stopniu rolnictwem. Przez wieki pieczołowicie chronili swoją odrębność kulturową i obyczaje – chociaż w czasie arabskiej inwazji na Saharę przyjęli islam, to zachowali np. silną pozycję kobiet w społeczności czy zwyczaj zakrywania twarzy przez mężczyzn. W przeszłości prowadzili bratobójcze walki, ale procesy kolonizacji, a następnie dekolonizacji Afryki miały duży wpływ na konsolidację ich plemion. Wraz z powstaniem niezależnych państw saharyjskich, rozpoczęły się silne represje wobec Tuaregów, zmierzające do zmiany ich nomadnego trybu życia, co doprowadziło do zbrojnych powstań w Mali i Nigrze. Jednym z przejawów trwającej nadal walki o polityczną i ekonomiczną autonomię jest natomiast gitarowa, inspirowana rockiem czy bluesem muzyka, zwana tishoumaren.

Omara Moctar od najmłodszych lat grał z gitarowymi buntownikami. Miał z tego powodu wiele nieprzyjemności – dwukrotnie zmuszono go do emigracji, a jego niektórzy przyjaciele z zespołu zostali zamordowani przez wrogich żołnierzy. To te przeżycia znalazły odzwierciedlenie w przejmujących tekstach, śpiewanych w języku tamaszek, ale przetłumaczonych na bandcampowej stronie artysty. Dzięki swym nieprzeciętnym umiejętnościom, wyobraźni i charyzmie, Bombino szybko zyskał jednak status lokalnej gwiazdy, wyznaczającej nowe kierunki rozwoju tuareskiej sceny muzycznej i wzbudzającej zainteresowanie Zachodu.

Jego światowy debiut ukazał się za sprawą Sublime Frequencies jako drugi album z serii Guitars From Agadez. Już tam piosenki zaskakiwały delikatnymi melodiami i hipnotycznym groovem. Bombino nie jest bowiem typowym reprezentantem tishoumaren, chociaż w tekstach porusza kwestie polityczne czy etniczne, a jego kompozycje bazują na repetytywnej, często uciekającej w subtelne solówki gitarze prowadzącej. Nie uświadczymy u niego gwałtownych emocji i ostrych brzmień – jego wrażliwość jest współkształtowana przez pustynną nostalgię Alego Farki Tourego, a melodie wykazują podobieństwo do białego folku.

Chociaż wokal Bombino nie jest prowadzony w schemacie call-and-response, a utwory na Agadez mają tyle zachodnich cech, od razu słychać, że to muzyka przynależąca do miejsca, w którym została stworzona – transowa w rytmach perkusjonaliów, przywołująca gorące, piaszczyste przestrzenie Sahary. Zdumiewająco łatwo przyswajalna, profesjonalnie nagrana i czysto brzmiąca, ale przecież wcale nie skomponowana pod europejskie gusta. Myślę, że to dlatego nie jest jedynie fascynującą ciekawostką, ale też ważnym źródłem inspiracji dla innych muzyków. Gdy poznacie Agadez, puśćcie sobie chociażby psychodeliczne narracje Juliana Lyncha, a pewnie zgodzicie się ze mną, że Afryka to nie tylko historia i niedookreślona "plemienność" – to bardzo konkretne, wciąż żywe pomysły, które nadal wzbogacają muzykę popularną. Naprawdę warto się im przysłuchiwać.

Krzysztof Michalak    
9 maja 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy