RECENZJE

Body
I Shall Die Here

2014, Rvng Intl 6.6

Spróbujcie objąć pamięcią ostatnie pięć lat i powiedzcie mi, jeden z drugim, czy pamiętacie jakąkolwiek nienaganną płytę czerpiącą z drone metalowych rozwiązań, wydaną na przestrzeni tych kilku wiosen? Cholera – ja też nie! Co więcej, trudno byłoby mi wyszczególnić kompakty zdecydowanie ponadprzeciętne w tej lawinie projektów Aidana Bakera czy wśród przedostatnich, nie najgorszych, tchnień Menace Ruine. Chciałoby się rzec, że formuła się wyczerpała i zawijamy kram, zostawiając przy tym O’Malley`owi odrobinę przestrzeni do kontynuowania rywalizacji z samym sobą w konkursie pod tytułem Kto zagra to wolniej?, gdyby nie subtelny powiew świeżości z Rhode Island, wołający o należną mu atencję oraz chwilę powściągliwości, zanim na dobre schowamy drone metal do lamusa, uważając go za gatunek zdezaktualizowany i w znacznym stopniu niepotrzebny.

Eksploratorzy z The Body, chcąc przełamać schemat nudy i odtwórczej repetycji, sięgnęli po pomoc ich filozoficznego ekwiwalentu, również obsesyjnie dywagującego na temat śmierci – pozbawionego gitar, a uzbrojonego jedynie w pokrętła Bobby’ego Krlica znanego szerzej pod pseudonimem The Haxan Cloak. Cel nadrzędny projektu: wspiąć się na wyżyny brutalności i raz jeszcze pochylić nad dźwiękową, hipotetyczną wizją ludzkiego kresu.

Zacznę trochę przekornie, bowiem I Shall Die Here to płyta, którą spokojnie można było nagrać w 2008 roku. Wystarczyło tylko, by którykolwiek z muzyków francuskiego Monarch! zaprosił do współpracy nader płodnego wówczas Prurienta. Sludge’owe riffy z Mer Morte skrzyżowane z mrocznym, ambientowo-industrialnym brzmieniem The Golden Chaber najprawdopodobniej zaowocowałby właśnie czymś na kształt tegorocznej perły w dyskografii The Body. Skąd więc cichy zachwyt nad omawianym materiałem? Stąd, że to Amerykanie jako pierwsi podjęli się przeprowadzenia tego rodzaju eksperymentalnej fuzji. Postanowili wyjść przed szereg i przełamać lody. Rozwinęli, znaną dotąd dzięki działalności metalowych pobratymców, paletę monotonnych dronów i gitarowych dysonansów, tworząc z nich doskonały kościec dla nadających muzyce osobliwego, ponurego klimatu elektronicznych wariacji. Bo o te wariacje przede wszystkim chodzi. O tę przestrzeń dla Haxana, o jego niebywałą zdolność do kreowania zestawu najbardziej przytłaczających dźwięków w zdumiewająco subtelny sposób. Dlatego też ciężar I Shall Die Here dźwigają aranżacje poszczególnych utworów oraz praca syntezatorów Krlica, a dopiero dodatkowymi atutami są hipnotyzujące, przypominające przemarsz konduktu pogrzebowego bębny w "Alone All the Way", czy samobójczy mini-recital otwierający "Hail To Thee, Everlasting Pain".

Zaznaczyć trzeba, że wydany w Prima Aprilis krążek na pewno nie jest gatunkowym kamieniem milowym. I Shall Die Here dla The Body stanowi jedynie solidną bazę do dalszych poszukiwań innowacyjnych rozwiązań łączących surowe, gitarowe brzmienia z elektroniką, a dla kapel wciąż zastanawiających się, którą drogą podążyć, jest niezwykle pomocnym drogowskazem. Natomiast Cloakowi uświadamia, że mimo najszczerszych chęci zamknięcia swoich wizji w obrębie sztucznie generowanej muzyki, do stworzenia najbardziej sugestywnego i najpełniejszego obrazu śmierci potrzebny jest choć pierwiastek doczesności – żywe instrumenty.

Witold Tyczka    
25 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie