RECENZJE

Bob Dylan
Together Through Life

2009, Columbia 4.0

Kto chciałby zrecenzować nowego Gogola? Tak, Gogola. Załóżmy, że zgodnie ze swoim nietypowym poczuciem humoru, Nikołaj Wasiljewicz powraca sobie, niczym z turnusu w Truskawcu, z trzecim tomem Martwych Dusz pod pachą. Jest popyt, redaktorzy chcą płacić – tylko kto to zrecenzuje. Gościowi czapkują od Fiodora po recenzentów Pielewina – a tu niespodziewanie pada na Was, bo macie, powiedzmy, rosyjsko brzmiące nazwisko a komuś się to wydaje dowcipne. Za tydzień ma być recenzja, a za osiem dni wszyscy będą się z Ciebie śmiać – bo jak ktoś bez nagrody Nike na koncie może mieć coś do powiedzenia w temacie, jasne? Jeśli więc nie dostałeś zaliczki, pożycz od rodziców i idź się urżnąć. Gdy wejdziesz do baru po lewej, przy oknie zobaczysz kompletnie nawalonego dwudziestoparolatka. Plotki głoszą, że jego szef też zrobił mu mało śmieszny dowcip, więc podejdź i rzuć "cheers!" – koniec końców "everybody must get stoned" – jakkolwiek to sobie zinterpretujecie. Zaraz, czy ten chłopak nie miał pisać o Dylanie?

Hiperbola jest środkiem ładnie kamuflującym pewne braki w wiedzy, bo przyznam, że nie znam wszystkich 32 wcześniejszych, solowych albumów Dylana. Zresztą z dużym dystansem podchodziłbym do każdego, kto mianowałby się ekspertem w tej kwestii. Przecież tego gościa grali, coverowali, śpiewali wszyscy – i to na długo przed pojawieniem się blogów. Wypuścić w ciągu pięciu lat: "Blowin' In The Wind", "The Times They're A-Changin", "Like A Rolling Stone", "Rainy Day Women #12 & 35", "All Along The Watchtower" jest zjawiskiem, które nie sposób ogarnąć z perspektywy XXI wieku. Nawet nie dlatego, że obecnie jest tak źle z muzyką, ale dlatego, że to są przeboje żyjące na autonomicznych prawach, które jakby nie nadają się do tego, aby je wrzucać w skalę makro. Jest to raczej istotny, ewoluujący w miarę lecących lat i dokonywanych interpretacji, materiał historyczny. A przecież na nich nie koniec, o czym uświadamia choćby, nagrane w latach 70-tych, "Blood On Tracks" z takimi piosenkami, jak "If You See Her, Say Hello" czy "You're A Big Girl Now". Dużo tego. Czasem myślę, że gdyby Dylan kontynuował swój marsz na poziomie prezentowanym w latach sześćdziesiątych, to dziś żylibyśmy z dala od kamiennych zabudowań, spędzając dni na pasieniu lam. Coś więc się musiało stać, że aktywność ta wciąż pozostaje przywilejem Peruwiańczyków.

Zrozumieć Dylana na pewno nie jest łatwo i w życiu bym się takiej próby nie podjął. Tym bardziej nie rozumiem dlaczego tak wielu stara się uczynić z niego wciąż-oddychający symbol. Czego właściwie Dylan miałby być symbolem? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Krzysztofowi Vardze, który jest ponoć koneserem, więc znawcą. W swoim fatalnym felietonie pisze: "Gdyby jednak decydenci i organizatorzy poszli zupełnie pod prąd rzeki (hoho – przyp. jb), z której nurtem płyną, i na rocznicy Czerwca Bono ściskał się z Lechem Wałęsą albo Bob Dylan śpiewał na cześć "Solidarności", świat może by to życzliwie zauważył." Rozumiem, że najlepiej zaś by było się masowo podpalić, bo wtedy nawet w australijskim dzienniku by wspomnieli, rzeczywiście. Tekst jest dość mocno żenujący, zawierając rubaszne żarty na temat Kylie, gdzie szczytem jest naśmiewanie się z jej nazwiska – co trzeba przyznać jest stąpaniem po cienkim lodzie, gdy ma się takie nazwisko, jakie się ma. Oczywiście galopująca pogarda ciągnie za sobą swoją siostrę – ignorancję, która ujawnia się we fragmencie o "Kombi" (ktoś tu nie zauważył, że nazwa się zmieniła). Tyle, że w przeciwieństwie do tych indywidualnych, absolutnie nieistotnych merytorycznie, cech stylu "konesera", pytanie o Dylana może mieć sens. Jak, grając mało patetyczny z natury folk, czy muzykę drogi, stać się pomnikiem? I to, ku nieszczęściu piewców, pomnikiem wciąż żyjącym, ba koncertującym.

Jak dobrą płytę musiałby nagrać Bob Dylan, aby przychodzący na koncert fani, nie traktowali pochodzących z niej utworów, jako niepotrzebnej przerwy pomiędzy hitami? Na to pytanie mogę odpowiedzieć tylko częściowo: lepszą od Modern Times, co więcej lepszą niż Time Out Of Mind, co byłoby nie lada wyczynem. Postawmy sprawę jasno, nie dostajemy takiej płyty. Głos Dylana co raz bardziej dryfuje w stronę Waitsa a z nim także charakter utworów, które są coraz bardziej bluesowe i knajpiane. Snującego się "Life Is Hard" czy opartego na typowej bluesowej rytmice "My Wife's Home Town" słucha się dość dobrze, zdecydowanie trudniej przebrnąć przez "If You Ever Go to Houston", którego jednostajna, bazująca na repetycji melodia może wręcz drażnić. "Forgetful Heart" to refleksyjny i rozliczeniowym utwór, z banjo, delikatnie zarysowaną partią skrzypiec w tle i kafkowską wręcz puentą. Poza tym nie ma jakichś wielkich wzlotów i upadków. Równo, jak w rodzinnej Minnesocie.

A teraz pomyślcie, że Dylan nagrywa już ponad 40 lat i każdy etap jego życia możecie sobie zrekonstruować, inwigilując go za pomocą nagromadzonych płyt. Swoją drogą, ciekawe czy dla samego Zimmermanna słuchanie młodzieńczych piosenek z lat 60-tych jest czymś miłym czy raczej dołującym. Warto też pomyśleć o tych wszystkich fanach, którzy śledzą poczynania Dylana przez kolejne dziesiątki lat, którzy się z nim zestarzeli. Wiecie co, trochę im zazdroszczę, bo mam spore obawy czy którykolwiek z artystów debiutujących w mojej młodości nie stoczy się artystycznie w ciągu najbliższych 30-40 lat. Tak naprawdę, już teraz niewielu debiutantów z lat 90-tych daje radę. I jak pomyślę o tych wszystkich ludziach od dziesiątek lat ustawiających się w sklepowych kolejkach, to tytuł tej płyty jeszcze bardziej mi się podoba, trochę wzrusza nawet.

A żeby nie było tak nudno, poważnie i podniośle, to jeszcze małe nawiązanie do trzeciego akapitu: może błędem było wyczekiwanie tego Dylana w Gdańsku, może trzeba było czekać w Łodzi.

Jan Błaszczak    
15 czerwca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie