RECENZJE

Bob Dylan
Modern Times

2006, Columbia 5.6

Miałem pecha być na koncercie Dylana w Pradze jesienią 2005. Mistrz "beczał do mikrofonu niczym kozioł wspominający swoje młodzieńcze kopulacje". Nie miało to kompletnie sensu. Wymuszony bis, fatalne wersje piosenek, ogólny marazm i nuda. Jedyna refleksja po występie mogła dotyczyć stanu konta artysty – po co Dylan chce jeździć w tasiemcowe trasy, jeśli nie sprawia mu to jakiejkolwiek radości. Z okazji nowego krążka spodziewałem się więc najgorszego, choć poziom zarówno Time Out Of Mind, jak i Love And Theft pozwalał jednak żywić odnośnie albumu spore nadzieje. Rzeczywiście – Dylan studyjny i kompletnie unfocused Dylan koncertowy to dwaj różni wykonawcy.

Pojawiło się pytanie – czy późnego Dylana cenię za songwriting czy raczej za szeroko pojętą "mądrość" legendarnego barda, żywego pomnika. Po pierwsze nie jestem specjalnie osłuchany w trad-rock-and-rollu, prastarych amerykańskich ragach, snujących się balladach i zelektryfikowanych bluesach, niechętnie wracam do Woody Guthriego. Mimo wszystko mam wrażenie, że Dylan odświeża formułę na tyle, ile w 2006 jest to w ogóle możliwe. Że aranżacje są subtelne, przemyślane, że Dylan nie szarżuje z głosem, nadając płycie nadspodziewanie oryginalny, liryczny charakter. Jednocześnie kompletnie brak tu nudziarstwa. Powiedziałbym wręcz, że to jedna z najbardziej różnorodnych płyt post-Blood On The Tracks. Taki paradoks. Czuć ogromną klasę – jest ironia, humor, medytacja, uduchowienie, mądrość. Są przede wszystkim dobre piosenki. A że przy okazji Dylan nie przyznał się do pożyczenia kilku mocnych fragmentów od klasyków folku i bluesa – to inna sprawa. Nie zorientowali się wydawcy, a sam piosenkarz zanurzony w tradycji folkowej przełomu lat 50-tych i 60-tych, w której normalną praktyką było przerabianie klasycznych utworów, uznał prawdopodobnie zabieg za rzecz naturalną. I zrobił się skandal, ktoś tam się zbulwersował. Oczywiście współbracia w wierze (między innymi niejaki Levy z magazynu "Rolling Stone") rzucili się z publicystyczną odsieczą, więc sprawie łeb ukręcono.

Przyzwoity/dobry poziom albumu na tym etapie to naprawdę duży sukces Dylana. I oczywiście całej diaspory recenzenckiej. Do moich faworytów zaliczyłbym snujące się niepozornie, delikatne "Nettie Moore" i ponury, medytacyjny closer "Ain't Talkin". Ten drugi utwór to jeden z najlepszych kawałków zamykających album Dylana, konstrukcją przypominający epickie "Desolation Row". Jestem w tej chwili po około 20-tu przesłuchaniach Modern Times i myślę, że jednak jest to ciekawszy i ważniejszy album od ostatniego Kasabiana. Kontekst jest tu istotny. Mowa o 31-ym albumie na wpół mitycznej postaci, której życiorys jest zbiorem dziesiątek rockandrollowych mitów i klisz. Wiele z tych mitów znajduje początek właśnie w karierze Dylana. Wokół Zimmermana dyskurs obrastał przez kilka ostatnich dekad. Są to tomy materiałów, analiz, dysertacji, artykułów, recek. Nową kartę dopisało też Modern Times. Wygląda więc na to, że każde pierdnięcie tego człowieka, Stonesów, Makki czy Briana Wilsona (Władysława Bartoszewskiego, Marka Edelmana) to dla nas wciąż jakże piękna, ubogacająca łaska.

Piotr Kowalczyk    
7 marca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy