RECENZJE

Boards Of Canada
Tomorrow's Harvest

2013, Warp 7.8

W jednej ze swoich książek Karl-Markus Gauss przytacza pewną wariację na motywach proustowskich: historię Luise Quietsch, jednej z tzw. Wolfskinder, tysięcy dzieci, które w końcu drugiej wojny światowej trafiły na Litwę, błąkając się samotnie w trakcie ucieczki z Prus Wschodnich, żywiąc się martwymi, zamarzniętymi szczurami, bez rodziców, zamordowanych za dezercję przez resztki wracających oddziałów Wehrmachtu lub kroczącą Armię Czerwoną. Luise, która została przygarnięta przez kownieńskie małżeństwo w wieku 5 lat, w ciągu kolejnych pięciu zapomniała zupełnie o języku niemieckim i całej swojej przedlitewskiej historii. Dopiero w 1985 roku, widząc na jednej z witryn sklepowych zapisane po niemiecku "pajacyk", przypomniała sobie słowa, a wręcz składnię języka, z którym jako wykształcona pracownica ministerstwa musiała spotykać się niejednokrotnie; dopiero wtedy zadziałał mechanizm pamięci, który uruchomił długi i bolesny proces tożsamościowej rekonstrukcji.

W kilku pierwszych recenzjach nowego albumu Boards of Canda, jak i w analizach dotyczących całej twórczości Szkotów powraca melancholijnie i reakcyjnie postawiony problem zanurzonej w zimnowojennych początkach nowej pamięci zbiorowej. Wszystkie narracje o zimnej wojnie, postapokalipsie, dzieciństwie czy zapachu dziwności zbóż, które może wprawić w ruch muzyczny album wydają się coraz bardziej uzasadnione, gdyż – jak się zdaje – repertuar idei-obrazów jest coraz bardziej skończony. Ile razy można słuchać tych samych egzegez muzyki, która choć teoretycznie nie zmienia się znacząco, to przecież nostalgiczny debiut, przerażające Geogaddi i syntezujące Tomorrow's Harvest, trzy największe pomniki grupy, zostawiają zupełnie inne wyrwy w sercu. Perspektywa, którą narzucają twórcy, a oscylująca wobec rzeczy takich jak technika, sprzęt, vhs-owe inspiracje – to oczywiście było kiedyś dobre i wydolne, a nawet ciekawe. Ale słuchanie w 2013 roku Boards of Canada wyłącznie przez pryzmat arkadyjskich krain dzieciństwa i czytanie tych samych recenzji co 10 lat temu wydaje się równie wątpliwe jak gadanie z rasistowskimi głąbami o islamie. Innymi słowy, jeśli "o hauntologii zaczęto mówić w odniesieniu do artystów, którzy odnoszą się do umownego świata przeszłości przy pomocy zestawu mglistych referencji", cytując najprostszą definicję Olgi Drendy, to czy te mgliste referencje nie tylko nie uzyskały komunikowalnej i przejrzystej formy, ale i czy nie zostały strywializowane, nie spowszedniały, nie stały się wręcz merkantylne? Hauntologia i język, jakim ją opisano stały się wsteczne, skostniałe w swoim konserwatyzmie i czczej kontemplacji nad czasem minionym.

Bodaj najobrzydliwszą (a powiemy teraz o serialu, który pilotuje godzinna psychodrama zwieńczona wyruchaniem świni przez premiera Wielkiej Brytanii na oczach milionów telewidzów) sceną w "Black Mirror" jest ta, w której ludzie z zainstalowaną pamięcią wzrokową ala Google Glass uprawiają odpychająco brzydki seks przeglądając w pamięci bardziej ekscytujące stosunki z przeszłości. Tezę, którą przemyca Charlie Brooker, twórca serialu, można wyrazić w bardzo uproszczony sposób: techniczne przeoranie pamięci na poziomie filozoficznym oznacza redukcję doświadczenia do obrazu, co przewidywał grubo ponad sto lat temu Henri Bergson. Umysł, potrzebujący coraz szybszego procesora do przetwarzania miliarda gównianych informacji może odetchnąć jak kolo filmujący zderzenie tira masakrującego samochód osobowy na polskiej drodze; umysł, który wyskakuje z przypadkiem ocalałego samochodu i krzyczy do kogoś: nagrałem to, nagrałem! Głębiej i systematyczniej opowiada o tym w rewelacyjnym tekście "Czas nieludzkich obrazów – pamięć strukturyzowana technicznie" jeden z tych polskich intelektualistów, których warto czytać dużo i z uwagą, Rafał Ilnicki. Kluczowe dla mnie, a nasuwające się mimowolnie w wyniku odsłuchu i recepcji nowej płyty Boards of Canada stają się dwie kwestie, poruszane przez Ilnickiego:

"Czy obecnie nie stajemy wobec zagrożenia, że technicyzacja odbierze nam aurę (rozumianą w sposób analogiczny do benjaminowskiej aury dzieła sztuki) pamięci oraz języka na rzecz konformizmu programowalnych technicznie podobieństw przedmiotów wirtualnych produkowanych przez przemysły egzystencjalne?".

Oraz kwestia, którą Ilnicki porusza, powołując się na Louisa Wolfsona piszącego o "bezregularności pamięci niczyjej, która współcześnie odtwarzana jest na ekranie". I dalej: "Przez tę nieograniczoną techniczną syntezę pamięci następuje źródłowy brak obecności, podmiot przechodzi w stan śnienia/ uśpienia. W takiej sytuacji nie ma on pamięci, bowiem pamięć niczyja to antypamięć (nie niepamięć). Pamięć czystej przeszłości jest w swojej czystej postaci antypamięcią, bo pochodzi nie z bycia, lecz z wirtualnej pustki".

Oddać pamięć w ręce memu to zamienić niestabilne i niepokojące bogactwo w tandetę tanich brzękadeł. Mam taki problem na przykład z częścią eseistyki Marka Bieńczyka z "Książki twarzy", że widzę tam często twarz typowego Seby, opowiadającą strywializowaną historię masowych telewizyjnych olśnień, którą internet doprowadził do śmieszności. To, co chyba najciekawsze w muzyce BoC to ich niejednoznaczny stosunek do snu antypamięci, nie wiadomo, czy bardziej są nim przerażeni, czy zafascynowani, idealnie oscylują wokół przejściowej aktualności, zawieszenia między różnymi typami postrzegania.

Ale nawet poza ujęciem, powiedzmy, konstruktywistycznym, Tomorrow's Harvest rusza na pseudoesencjalnej płaszczyźnie. Ukoronowaniem tego rozdwojenia jest album wystawiający sam konkret świadectwa: siedemnaście bezbłędnych sztosów, kawałki, które bywają totalnie przebojowe, jeśli poświęcić im odrobinę psiej uwagi (vide "Palace Posy", idealny ambientosoul, przy tym wręcz jaskrawy w użytej kolorystyce). To prawdziwy rejestr najbardziej zachwycających i koronkowo dopracowanych dźwięków na ziemi, od otwierających fanfar z "Gemini", przez piękne arpeggia "Jaquard Causeway" i post-rockującą symfonię radiostracji numerycznych w "New Seeds" po elegijne zamknięcie "Semena Mertvykh" ("Seeds of The Dead" po rosyjsku, co jest o tyle ciekawe, że również wspomniane rejestratory pamięci w "BM" nazywano "ziarnem") zestaw bezbłędny i OGIEŃ PRZEBRZYDŁY. Przy tej mocno autoreferencyjnej płycie chciałoby się uniknąć jakchkolwiek porównań, żeby pamięć – niestrywializowana, własna, podmiotowa – wykonała co do niej należy, żeby pustka antypamięci stała się tematem, a nie rezultatem kompozycji, żeby okazało się wreszcie, jak często zespół prowadzi nas na manowce naszych przyzwyczajeń w myśleniu o świecie dronów, dewastującej informacji i programu PRISM.

Jak zeskrobywanie paznokciem pasteli z fasady pokrywającej stary poradziecki bunkier na osiedlu wojskowym, na którym się wychowałem, jak mizerny napis "Hampelmann" w wystawie sklepowej przy wileńskiej ulicy, uwalniający całą utraconą tożsamość, ta powściągliwa, zawstydzona swoimi ambicjami medytacja nad Duchem, zaprzęgającym miałką i nieistotną przecież technologię do wykonania swojej pracy nad Historią przywołuje obrazy niezwykle kruche i delikatne, używając z jednej strony uniwersalizującej palety, z drugiej – umożliwia lokalność, otwiera indywidualne perspektywy, pracuje w podmiocie. Jak na powrót zespołu po 8 latach – raczej niezły wynik.

Łukasz Łachecki    
10 czerwca 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja