RECENZJE

Boards Of Canada
The Campfire Headphase

2005, Warp 6.1

Wiele osób uwzięło się na Boards Of Canada, oskarżając ich o utratę wielkich aspiracji i zezwyklenie się. Stawia to braci poniekąd w sytuacji Małysza, czyli już nie latają, nadal są zajebiści, tylko nie każdemu to wystarczy. Wszystko w porządku. Na Campfire Headphase postawił przed sobą duet nieco inne, bardziej przyziemne zadania. Nagrali płytkę jak najbardziej w swoim stylu, ale zwyczajną, easy-listening, chillującą, najprostszą na jaką ich było stać. Uprościli nieco formułę kompozycji, by relaksowały tylko i nie rodziły niepotrzebnych pytań. Materia dla Boardsów charakterystyczna – z trademarkowymi "oddychającymi" bitami na czele, senno-psychodelicznym efekciarstwem i keyboardowymi tłami.

Ciekawie zaczynamy. "Chromakey Dreamcoat" brzmieniowo odwołuje się do Music Has The Right To Children, ale pokazuje jak potrafią miło niezobowiązująco zagaić Eoin / Sandison, jeśli tworzą wyłącznie z myślą o przyjemności słuchacza. Luzuje również "Satellite Anthem Icarus", racząc dość sielskim i nieskomplikowanym klikającym obrazkiem opartym na post-folkowym szkielecie, gdzie przebijająca miejscami gitarka zaczepia o uproszczoną wersję Books. Wrażenie prostoty okazuje się częściowo mylące, gdyby zwrócić uwagę na ilość metamorfoz backgroundu; z drugiej strony fale ułożone są, spokojne i przewidywalne. Po wątpliwej kodzie następuje dobitny dowód kunsztu Boardsów: niepozorne cudeńko "Peacock Tail" – niby takie nic, ledwo zarysowana mgiełka, ale jakże ślicznymi subtelnościami operująca, przykładowo niewinną melodyjką wyłaniająca się kojąco zza parujących scape'ów. Podczas gdy poprzednie produkcje BoC zdawały się pochodzić z niezamieszkanej, skalistej planety i nie poprawiały wcale samopoczucia w nocy, piosenki tego rodzaju nadają się wręcz na kołysanki.

W drugim akcie mimo wszystko pojawia się delikatne zwątpienie, bo krótkie ambienty niebezpiecznie zaczynają przypominać przerywniki i muszę się mocno w nie wsłuchiwać by ujrzeć głębie, co mi się i tak nie udaje. Porównując Geogaddi do studni, tutaj mamy dołek w piasku wykopany łopatką-zabawką. Mamy też zgoła zaskakujące posunięcia w rodzaju "Oscar See Through Red Eye", dziwacznego tworu z ich firmowymi demonicznymi syntezatorami i miękkimi klawiszami obok zaawansowanego bajerowania: mnóstwa odwołań do estetyki kicz-elektro a la sci-fi lat 80tych, co razem wypada, obawiam się, unfocused.

Formułując spostrzeżenia na gorąco, na wysokości jedenastego tracka powinienem niestety połowicznie nie zgodzić się ze wszystkim co napisałem wcześniej. Stoję rozdarty jak Doktor Judym bohater Ludzi Bezdomnych w ostatniej scenie, kiedy to waży lekarz w myślach dalsze koleje swej marnej egzystencji. Przecież pod koniec planowy do tej pory banał wymyka się spod kontroli odrobinę: nie mam niby nic do zarzucenia, poza tym, że, hej, słyszymy nudnawe ambient-techno jadące na własnych patentach adaptowanych wcześniej dla znacznie szczytniejszych celów. Niepokój się wkrada w klimacie, tylko przypomina już nie odwiedzanie, a oglądanie skalistej planety przez teleskop. Po naprawdę obiecującym początku zabrakło chyba pomysłu, żeby pociągnąć album w interesującym kierunku i krąży krążek w kółko, drepcząc na dodatek w miejscu. Nie ma ta muzyka początku, ani końca i tym razem I don't mean it as a compliment. Straciłem pewność czy rzeczywiście nagranie lekkiego transiku miało być intencją, czy też im kompletnie płyta nie wyszła. Zastanawiające.

Michał Zagroba    
21 lutego 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie