RECENZJE

Blur
Think Tank

2003, Virgin 8.0

Typowy polski konsument muzyki pop w średnim wieku wychodzi z miejskiej restauracji serwującej pospolity junk-food. Spałaszował właśnie podwójną kanapkę z dodatkowym sosem, duże frytki i colę, czyli poszerzony zestaw tygodnia. Nosi trochę za luźne szare jeansy, obcisłą modną kurtkę i brązowe okulary przeciwsłoneczne o prostokątnych szkłach. Pewnym krokiem zbliża się do kilkunastoletniego gruchota znanej niemieckiej marki, w którym czeka na niego rówieśniczka z kolczykiem w nosie, wybielanymi zębami i pasemkową fryzurą. I kiedy już na parkingu zachodzi mu drogę tajemniczy nieznajomy, pytając "z czym kojarzy się panu zespół Blur?", odpowiada prawie automatycznie "Oasis". Dlaczego? Dlaczego się tak dzieje? Przy całej pogardzie dla brytyjskich brukowców nie zapominajmy, że żyjemy w wolnym świecie i każdy odpowiada za swoje stanowisko. Tak zwane "nieświadome podleganie manipulacji" kończy się w momencie usunięcia pierwszych trzech liter.

Biorąc statystycznie, Blur byli najlepszym zespołem lat dziewięćdziesiątych. Nie ja to odkryłem, so says the preacher man and I just go by what he says. Ale ciężko zaprzeczyć faktom: tylko Fugazi udało się dorównać regularności Blur w dostarczaniu wybornych, jedna po drugiej, płyt, równo od pierwszego do ostatniego roku dekady. Ktoś napisał kiedyś o Fugazi: "Cholera, znowu nagrali zajebistą płytę. Błagam, kochani, nagrajcie choć raz gównianą płytę!". Blur nie spasowali ani razu w dążeniu do ulepszenia, udoskonalenia swojej formuły, serwując niewyobrażalne ilości fantastycznych piosenek na śmiesznie małej przestrzeni. Nie muszę chyba dodawać, że nigdy nie mieli nic wspólnego z Oasis. Dopełniali się jak idealna czwórka. Albarn: popowiec z krwi i kości, jego odwiecznym idolem był Ray Davies z Kinks. Coxon: "to ja, twój niepokorny", zabłąkana dusza, fan niezal-rocka z Pavement i Pixies na czele. James: sympatyk funku, romantyczny chłoptaś z grzywką. Rowntree: zespołowy Ringo, śmieszek, któremu zawdzięczali humorystyczną otoczkę i długie wytrwanie bez rozłamu. Trochę przypomina to szczegółową prezentację członków Westlife.

Na starcie Blur musieli się wybić, zaistnieć. Jak w każdej epoce, gwarantowała to tylko identyfikacja z jakimś nurtem. Stąd na debiutanckim Leisure sporo nawiązań do wymierającej wtedy fali kolorowych i roztańczonych kapel z Manchesteru. Potwierdza to transowy motyw przewodni "She's So High", będący przecież instrumentalnym refrenem "I Wanna Be Adored" Stone Roses z głośniejszą gitarą w miksie. Reszta albumu zahacza o echa klimatów Charlatans, Happy Mondays i innych podobnych ówczesnych "aktów", choć "Slow Down" czy "Birthday" zdradzały ogromny talent i możliwości. Modern Life Is Rubbish dokumentował uwolnienie się spod ciężaru tych wpływów. Dryfował w stronę pełnej oryginalności, wskrzeszając zarazem wzorce brytyjskiej inwazji. "Star Shaped" był punkowym prototypem "End Of A Century" z następnego krążka. Gęsta atmosfera "Miss America" i wyrafinowanie "Oily Water" zadziwiały w kontekście tak krótkiego stażu. Całość puentował skoczny smutas "Resigned".

Jednak nie było to aż do Parklife, by Blur pokazali całą swoją charyzmę i inteligencję. Jeden z tych perfekcyjnie bawiących i sprawiających aż wstydliwą radochę albumów nie tylko miał nienaganny timing, chwytając chwilę i wprawiając w ruch koło brit-popu, ale także w zdumiewający sposób poszerzał spektrum stylu formacji. Kandydat do tanecznego openera ever "Girls & Boys" był przerażająco-trafionym-w-dziesiątkę disco-rockowym hitem. "Du bist sehr schön / But we have'nt been introduced" – mało kto tak śmiesznie łączył języki w tekstach. "Tracy Jacks" miksowało rasowy riff z uroczą klawiszową plamą. Numer tytułowy: wszyscy znają, co będę pisał. Arystokratyczna kołysanka "To The End", uzupełniona szeptem Laetitii ze Stereolab, to przesprytny duet wokalny, budujący klimat na kontraście między wyfiokowaną Francuzką i wyspiarskim mieszczuchem. Suche bicie strun w "London Loves" przegryza się z komediowym syntezatorem. I tak dalej.

Wyzwanie, jakim niewątpliwie było sfollow-upowanie Parklife, kwartet zjadł na zimno popijając słodkim waniliowym budyniem (Emma Bunton jeszcze wtedy nie była celebrity) i w rok później dostarczył pierwsze ze swoich dwóch arcydzieł. The Great Escape plasowało się wśród najrozkoszniejszych popowych kolekcji dziesięciolecia, kapitalnie podsumowując wcześniejsze próby kapeli. Rozległy wachlarz obecnych tu delicji trudno ogarnąć. Błyskotliwość przebojów w rodzaju "Stereotypes" czy "Country House" to już normalka, ich poziom po prostu. Natomiast na kolana powala na przykład para utworów ze środka: "Mr. Robinsons' Quango" i "He Thought Of Cars". Pierwszy – debeściak jeśli idzie o popowe hooki; drugi – kwintesencja napięcia ukrytej psychodelii. Co można powiedzieć... Ale plastyczna charakterystyka "Charmless Man", synth-popowy chłód "Entertain Me" lub równie nieoczywisty, co wspaniały refren "Fade Away" też przygniatają do ziemi. No i kulminacja liryki, z wersami w stylu "Who's mobile phone gives him the bone / Who very keen on Sharon Stone", uwypuklającej przywary rodaków.

Głównie za namową Coxona, którego od dawna ciągnęło do garażowo-alternatywnych jazd, oraz pod naciskiem wewnętrznej niechęci wobec popularności w mediach, zespół świadomie uczynił swój kolejny dysk najmniej przyswajalnym. Po raz pierwszy w karierze wkładka nie zawierała tekstów opatrzonych symbolami akordów, co w praktyce oznaczało, że nie mamy tym razem do czynienia z popowym śpiewnikiem, lecz eksperymentem. O sile Blur decydowała wypadkowa między tendencjami Grahama do amerykańskiego lo-fi i Damona do europejskiej spuścizny new wave. (Modelowym przykładem tej fuzji może być "M.O.R.", z zimnym wstępem i brudną resztą.) Wyszła rzecz chaotyczna, nieprzewidywalna, z małymi wahnięciami jakości, ale intrygująca jak diabli. Hołdy były: dla Guided By Voices w postaci "You're So Great", dla Beatlesów "Beetlebum", dla Nirvany "Song 2", dla Bowiego "Strange News From Another Star".

Dokładnie pamiętam kwiecień 1999 i pierwszy tydzień sprzedaży 13. Udałem się do klubu Underground by obejrzeć przygotowaną specjalnie z okazji premiery wystawę obrazów Coxona, malowanych nietypową pixelową techniką. Następnie podążyłem do nieistniejącego już dziś Planet Music i nabyłem limitowany egzemplarz w gładkim białym pudełeczku. Siedem minut później, gdy podłączałem słuchawki, zobaczyłem Blur na żywo w Vivie. Grali niechlujną wersję "Bugman". Off TV, on CD. Inicjalne zetknięcie i wszystko było jasne. Masterpiiis. Od gospelowego "Tender", przez międzyplanetarne "Battle" z kultowym bitem bębnów, po kompozytorski szczyt "Mellow Song", 13 była jednym z najdoskonalszych osiągnięć międzygatunkowych ostatnich lat. Naznaczona kosmicznymi sztuczkami producenta Williama Orbita, inspirowana Pink Floyd, Ok Computer i trip-hopem, przesycona gorzkim wyznaniem Albarna, najdojrzalsza płyta Blur pretenduje do miana klasyka.

Z trudem pomieściłem w pięciu akapitach telegraficzny skrót z dokonań Blur, pod koniec ledwo dobierałem świeże słowa. Do skomentowania Oasis wystarczyłby język przedszkolaka. Jakkolwiek o nowy rozdział w dyskografii grupy można było się obawiać, skoro na szlaku stały same przeszkody (fatalna w sumie "przygoda" Albarna z Gorillaz, odejście w zeszłym roku Coxona na tle braku porozumienia z kolegami i postępującego alkoholizmu), to w rezultacie te obawy rażą teraz, gdy znamy Think Tank, brakiem lojalności. Owszem, kreatywność Coxona zdecydowała o niesamowitości 13, ale i bez niego niedoceniana ostatnio pozostała trójka wspięła się znów na wyżyny. Ujmę to tak: żyjemy w epoce dobrych "płyt", a nie dobrych "zespołów". Nie znasz dnia ni godziny, gdy ulubiony wykonawca zawiedzie. Ale co do kilku z nich wątpliwości mieć nie można. Osławiona podróż do Maroka poskutkowała, ekspedycja zakończona sukcesem, misja pokojowa wykonana.

Zgodnie z tradycją nagranie otwierające krążek Blur musi być killerem i Think Tank nie zna od tej reguły wyjątku. Podczas gdy zapętlone mechaniczne drumy wybijają razem z głębokimi basami rytm, Albarn śpiewa przeciągle "I ain't got nothing to be scared of", a wtórują mu chóry. "Ambulance" reprezentuje świst przyszłości, z odhumanizowanymi przesterowanymi wiosłami i robotopodobną schematycznością. Mimo to, na odległość czuć melancholię i od razu orientujemy się, że taka właśnie będzie ta płyta. Futurystyczne narzędzia zdominują aranże, ale posłużą do ulepienia czegoś, co i tak pachnie Blur, choćby i zawinąć to w gruby papier śniadaniowy. Miejsce pływającej, impresjonistycznej realizacji Orbita z 13 zajmie równie przestrzenna, ale sucha, syntetyczna oprawa. Nigdy wcześniej prawie każdy fragment nie był osadzony na samplowanym beacie, lecz wcale nie czuć przemiany. I to, przy amputacji jednego z filarów grupy, jest nie lada osiągnięciem.

Nade wszystko kondycja piosenkopisarska Albarna jest porażająca. Główny zabieg w "Out Of Time" wiąże się co prawda z trzecim planem brzmieniowym, ukutym z egzotycznej improwizacji marokańskiej kapeli ludowej. Na nią dopiero nałożono właściwe ścieżki. A jednak sama kompozycja nie jest tylko bonusem. Wręcz odwrotnie. Czarowny, zaparzony bas prowokuje Albarna, by wszedł z mądrością: "Where's the love song / To set us free". Dostojnie prowadzona melodia sięga zenitu przy "And you've been so busy lately / That you haven't found the time". I gdy wydaje się, że wszystko zostało powiedziane, pęknięte solo hiszpańskiego akustyka na ledwie dostrzegalnym reverbie wynosi w niebiosa. W tym momencie naturalne staje się wrażenie, że to jest jedna z tych pieśni. Z tak prostej formy, jaką jest zwrotka / refren, wydobyć taką magię: to gwarant wielkości na wieki. A jednocześnie fantazja "Out Of Time" jest unikatowa, umyka dosłownej kategoryzacji.

Wolniejsze, wyciszone pejzaże decydują o wartości Think Tank. I żaden nie zawodzi. Kontynuując tradycję tytułów zawierających wyraz "song", "Good Song" wyrasta z banalnego loopu gitarowej zagrywki i powoli obudowuje się, jakby rosnąc. Objawia się różnica klas między Blur i innymi "pretendującymi" zespołami z zakusami na uprawianie podobnego poletka. Właśnie w miejscu, gdzie należy uratować piosenkę, bo ta "budzi się ze snu", Albarn wyjmuje z rękawa śliczny motywik i dokłada jak brakującą kostkę domina. Także "Sweet Song" żyje do swego imienia, prowadząc za rączkę niewinne pianino i wróżąc melodię nadziei. "On The Way To The Club" zaprasza w zakurzone wieczorne uliczki i prowadzi nas złamanym wzorem perkusyjnym przez światła miasta, aż do oślepiającej kulminacji analogowych keyboardów, przywołującej zabawy późnego Kraftwerk w dwudziestym drugim stuleciu.

"Brothers And Sisters" ubiera dwuznaczny tekst o narkotykach w leniwy funk tej strony od Mothership Connection Parliament i żeni go z krautrockowymi blipami klawiszy. A propos narkotyków. Ponoć The Cure potrzebowali za każdym razem nowych dragów, aby zrobić płytę. Jeśli więc Leisure było dla Blur płytą ecstasy, londyńska trylogia amfetaminową, self-titled alkoholową, a 13 kwasową, to Think Tank jest zdecydowanie ich trawiastym, zjaranym albumem. Dzięki temu muzyka z dymem płynie. Zrezygnowany "Caravan" przewozi Albarna do arabskich zaświatów, a towarzyszy mu tylko dęta piszczałka i właśnie kilka skrętów. "Moroccan Peoples Revolutionary Bowls Club" i "Jets" eksploatują pojęcie haszyszowego jamu, trochę niepotrzebnie wydłużając się aż do utraty świadomości. Pierwszy bazuje na przetworzonym wokalu, drugi idzie w hipnozę, z free-jazzowym saksofonem.

Skądinąd trzy kawałki są bardzo energiczne. Wprawdzie najsłabszy w zestawie "Crazy Beat" wygląda co najwyżej jak zbędne rozładowanie napięcia. Ale już "We've Got A File On You" wyłania się niespodziewanie z obrzędowej marokańskiej harmonii, by zaatakować bezlitosnym punkiem, zgniecionym w rockowym garażu. Tak powstaje odpowiednik "B.L.U.R.E.M.I": zwięzły czad, pozostawiający uczucie niedosytu. I wreszcie perła, "Gene By Gene". Fabryczno-taśmowe cięcie bitu w introdukcji przywodzi na myśl "Cvalda" z SelmaSongs Björk. Potem produkowana jest, krok po kroku, jak w manufakturze, wymiatająca piosenka. Powiewający rześko refren ("Every night and day") należy do strychu jeśli mowa o melodiach Blur, a onomatopeja Albarna w mostku ponownie zerka na aurę 13.

Ostatnia na Think Tank ballada "Battery In Your Leg" po mistrzowsku chwieje się między popadnięciem w beznadziejny patos i wzniesieniem w ekonomiczną wynalazczość rodem z Low Bowiego i Eno. Łzawy dramat Damona ("I've got nothing to rely on / I've broken every bone") udziela się słuchaczowi za sprawą prawdy. Jej podrobić (zwykle) się nie da. Być może grosik dorzucił też Graham i jego porcelanowy gitarowy szloch. Gdy wybrzmiewa ostatni dźwięk pianina, a Albarn wlewa w zaschnięte gardło łyk napoju, jestem pewien, że Blur wykręcili jeszcze jeden rewelacyjny album i wciąż są jednym z dwóch, trzech najważniejszych zespołów na Ziemi. Zmagając się z czteroletnimi przeciwnościami losu dotarli, choć tylko we trzech, do finału. Spoglądając z lotu ptaka, widzę siedem ułożonych chronologicznie dzieł, z tendencją do ciągłej ewolucji i metamorfozy, ale spod przykrywki kolejnych image'ów ukazuje się to, co było tam zawsze: niewymuszone piękno. I w tym kontekście, jeśli ktoś nadal na "Blur" reaguje "Oasis", to niech wyjdzie z tego serwisu, ale już.

Borys Dejnarowicz    
3 lipca 2003
BIEŻĄCE
Vampire WeekendFather Of The Bride
Weyes BloodTitanic Rising