RECENZJE

Blood Orange
Negro Swan

2018, Domino 7.2

Postawię sobie tezę, że pomiędzy wyrwanym z "Charcoal Baby": "No one wants to be the Negro Swan" i tytułem najczęściej słuchanej piosenki Gilsa Coreya, można by postawić duchowo-semantyczny znak równości (o innej od matematycznej r ó w n o ś c i będzie później). Samotność nie żartuje. Życie w nawiasie jest gorsze prawdopodobnie od życia w zawiasie czy na permanentnym kwasie – w każdym razie – nie jest raczej życiem przyjemnym. Przy czym, na ogół wydaje się, że mało kto, albo (mało tego!) zupełnie nikt, na nie i na nią – na socjalną kapitulację – nie zasługuje. Pragnienie bycia kochanym jest naturalne dla wszystkich czujących istot, nawet dla największych na świecie cyników czy ironistów, którzy niekiedy sami siebie próbują nabrać na ten skontrowany, dziwaczny gestalt – że nie, ale prędzej czy później wchodzi, że ich propter hoc to nie jest nawet post hoc. Nie jestem w stanie socjologicznie odproblematyzować tej płyty; ale o tym, że mamy tu do czynienia z najlepszą zbieraninką piosenek od Blood Orange kiedykolwiek, z progresywnym r&b klasy A, też będzie, dojdę do tego nie bez przyjemności.

Dev Hynes tka płytę intersekcjonalnie. Porusza tematy niegasnące wciąż w 2018 roku, porusza się w wysublimowany sposób po śliskich połaciach aktualnych wrzaw społecznych, jednocześnie nie waląc nas jedynie retoryczną pałką po głowie. People of color, nieheteronormatywność, płynność w kwestii seksualności w ogóle, a w konsekwencji tych "inności" – odrzucenie, polityczna i ekonomiczna niepewność następnego dnia, depresja, przemoc, rasizm. Album zbudowany na eksplorowaniu własnej traumy, swoich dziecięcych i późniejszych doświadczeniach, które łamią serce, duszą duszę, gdy wszyscy wokół wciąż bezkarni. I pomimo tego, że coś teoretycznie się rusza, że jako społeczeństwo stawiamy małe kroczki ku "normalności" (w jedynym słusznym – niekrzywdzącym tego słowa rozumieniu), że staramy się na tyle, na ile jesteśmy w stanie – to staramy się zawsze za mało. "Balance in my hair, I'm pretty as fuck". Dev daje nadzieję, ma nadzieję, wierzy w czysty humanitaryzm. Po prostu.

0:55-0:59, 1:24-1:29, 2:04-2:09, oszalałam, zawsze w tych pięciu sekundach szaleję i czuję się jak zgnieciona kulka papieru w "Orlando". O rzeczach, które bolą cię najbardziej opowiadasz najspokojniej na świecie, opowiadasz po cichutku – że cierpisz, cierpiałeś, wzrusza mnie to, piękne to jest, najspokojniejsze. Spoken-word interludia od aktywistki i pisarki transseksualnej Janet Mock dołączają się do afirmacji uczucia nadziei wypełniającej tę płytę i wszystkich artystów biorących w udział w jej współtworzeniu. Tu nie ma grama agresji, nie ma radykalnych ekstrakcji chirurgicznych. "Stay in your course / To do too much / Yes, I love it."

Nieszczególnie chyba podatni jesteśmy już wszyscy na żadne tanie r&b, ale Negro Swan jest podręcznikowym przykładem z najwyższej i najdroższej półki w tym roku; Negro Swan nie jest czyściutkie i niewymagające. Kosmiczne elementy jazzowe w "Saint", mocno świdrujący, choć jednocześnie delikatny jak wiosenno-jesienne jabłuszka wokal Deva, filuterny flet w "Take Your Time" i całość utworu przywodząca na myśl najlepsze momenty Franka Oceana; pastelowe klawisze, art-funkowa emulsja i hip hop moi drodzy – delikatny rozmiłowany, muślinowy hip hop w wydaniu A$APa i Project Pata. "I really wanna be loved / but I'm, like, scared to really, really feel that". Refren w "Chewing Gum" jest manifestacją wyczerpania, a Ian Isiah zabrzmiał w moich uszach jak Moses Sumney, więc aż usiadłam. Całe to pro-czarne nacechowanie Negro Swan nie jest w wyłącznie liryczne – muzycznie, niektóre kompozycje zakorzenione są w tradycyjnych, czarnych odmianach jazzu, ale też i soulu, rapu i muzyki gospel, wybrzmiewającej właśnie przykładowo na "Holy Will." Cała kompozycja płyty tak spójna, że aż pływająca. Miękkość instrumentali potęguje maskę nakładaną na cierpienie, które staje się tak permanentne, że aż niezauważalne. Georgia Anne Muldrow wypowiada esencję płyty – "stop pretending / to stop performing in ways that people wanted me to / life for the floor / to actually show up for myself / and to be myself." I jasne, nie jest to żadna przesadnie odkrywcza myśl, bo co trzeci artysta (niekoniecznie jednoznacznie manifestujący wsparcie dla społeczności LGBT), porusza ten temat gdzieś w odmętach swoich twórczości, ale skoro nawet powtarzana sto tysięcy razy myśl mówiąca wyłącznie o tym, by po prostu pozwolić BYĆ drugiemu człowiekowi – nie dociera – to znaczy, że za nic nie można przestać.

Dev, wydaje mi się, robi to (nie przestaje) sprytnie, bo jego koncepcja artystyczna nie jest krzycząca, przesadnie miłosna i błyszcząca – a jak wiadomo, takie rzeczy najbardziej przerażają ludzi, którzy zamiast ons wolą ONR (przenosząc zjawisko na nasze podwórko). Jest czuły, ale dryfuje między byciem insiderem a outsiderem, między czernią i bielą, między trans i cis, między nieheteronormatywnością a byciem straight (nie określa się), między eksperymentem muzycznym a po prostu przyjemnym (około)popem.

Negro Swan jako szósty album Hynesa i jego czwarty jako Blood Orange zjada jak dla mnie wszystkie pozostałe i nie pozostawia wiele do życzenia. Koniec sierpnia to ostatnio mój ulubiony kolor, sprany jeans to moje ulubione niebo, a ugly beauty to moja ulubiona kategoria estetyczna. Duże brawa/10.

Adela Kiszka    
12 października 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi