RECENZJE

Blood Orange
Freetown Sound

2016, Domino 6.2

Zastanawiam się, czy można dać niską notę albumowi traktującemu o tematach związanych z rasizmem, feminizmem etc.? Czy to będzie poprawne politycznie? Bo jeśli dam 2.3/10 to czy zostanę okrzyknięta rasistką, mizoginką (!) mimo że sama jestem kobietą? No dobra, ale może najpierw wytłumaczę, co w ogóle jest na rzeczy.

Odpalmy track numer trzy, tytuł "Chance". Gdzieś pod koniec pada: "Looking at the girl with the thick, blonde braids / And you're tryin' to make out what her t–shirt says / No one really ever cares what 'thug life' means" – to jedne z linijek, które najbardziej zapadły mi w pamięci (zaraz po "A thousand halos in the sky" wyśpiewywanej przez Nelly w "Hadron Collider", ale to akurat bez związku). Wiem, że są różne zabiegi literackie, a Dev Hynes pewnie nie ma ambicji zostania drugim T. S. Eliotem, ale serio trzeba taką dosłownością walić prosto w twarz? W "With Him" mamy wsamplowane fragmenty z filmu dokumntalnego Black is… Black Ain’t, z kolei w "Desirée" – Paris is burning. Same tytuły już mówią, że mamy do czynienia z bronią wyższego kalibru. Do tego jeszcze mamy historię św. Augustyna i zderzacza hadronów (to dwie różne historie).

Okej, ale płyty o trudnych do rozwiązania problemach nie są żadną nowością. Weźmy na przykład takie To Pimp A Butterfly – tam też Kendrick zajął się ważkimi tematami, chociażby ciężkim życiem Czarnych, ale wiecie, sam ręki do tej dyskryminacji już bardziej nie dokładał: kiedy otworzymy album na Spotifaju, pięknie się nam featuringi wyświetlają. Z kolei u Blood Orange wyczuwam nutkę hipokryzji. Niby cośtam w tekstach jest o kobietach, o feminizmie, ale nie widzę tu nigdzie ani nazwiska Nelly Furtado, ani Carly Rae Jepsen, ani nawet Debbie Harry. A nie są to losowe wokalistki, które przyszły mi do głowy, a artystki które rzeczywiście się na Freetown Sound pojawiają. Może wyolbrzymiam, może nie jest to aż tak ważne.

Na jednej z ostatnich imprez nowo poznany kolega zdradził mi, że jego historia z Freetown Sound wyglądała tak, że zobaczył najpierw okładkę z dwójką czarnych zakochanych, a potem sam się zakochał, w tym LP. Kiedy już oderwiemy wzrok od namiętności ponurej pary na tle złotawej kapy dojrzymy na kremowej ścianie plakat z Miśkiem Jacksonem, no i chyba jesteśmy na tropie. Wygląda na to, że Dev Hynes chyba ma chrapkę na przejęcie schedy po prekursorze moonwalka albo po księciu spacerującym w fioletowym deszczu, albo najlepiej po obydwu naraz.

Ale może to najwyższa pora, aby w piątym akapicie wyjaśnić ocenę, bo wydaje mi się, że ciągle cisnę i cisnę, a dalej nie wiadomo skąd to "mocne" się wzięło. Gdy tak przesłuchałam Freetown Sound jakieś miliony razy bez włączania zdolności rozumienia anglojęzycznych manifestów, to naprawdę zostałam zauroczona. Kiedy wlatuje "Augustine", to przez myśl przelatuje mi Off The Wall. Z kolei w "Best to You" pojawia się Empress Of z jakimś takim egoztycznym, rozemocjonowanym sophisti–popem. Do miksu gatunkowego włącza się "E.V.P." z budującym dramaturgię synth funkiem, potem eteryczności dodaje jeszcze Zuri Marley w "Love Ya". A groove w "Desirée"? Jeej. Z kolei od paru dni ciągle kołacze mi się po głowie "Hadron Collider" z fortepianem w okolicach drugiej minuty.

Freetown Sound to nie album do odłożenia na półkę "ni mnie grzeje, ni mnie ziębi", ale to też nie Black Messiah, a Blood Orange to nie D’Angelo. Ale idąc od albumu z 2008 roku wydanego pod szyldem Lightspeed Champion, kończąc na tym, co właśnie mamy na tablicy, zasadniczo Dev Hynes zasłużył na kredyt zaufania.

Agata Kania    
8 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie