RECENZJE

Blood Brothers
Burn, Piano Island, Burn

2003, ArtistDirect 6.7

Nad trzecią płytą Blood Brothers pieczę sprawował Ross Robinson, zwykle z upodobaniem uprawiający swoje nu-metalowe poletko, producent zazwyczaj będący gwarantem niskiego poziomu. Wystarczy zerknąć na dotychczasowy dorobek Rossa – pierwsza, klasyczna płyta Korna, którą posiadam, rzecz jasna, w swojej kolekcji w formie sfatygowanego MCRa (swojego czasu katowałem ćwiczenia do niemieckiego, które były tam wcześniej), Iowa Slipknota – zespołu, który postanowił skomentować własną twórczość w nazwie, Sepultura i Limp "post-nuklearne Pink Floyd" Bizkit. A teraz ten sam człowiek porwał się na dobrą muzykę i każe mi wyłączyć mój "nu-metal alarm", który odpalił się i oszalał z chwilą ujrzenia okładki. Wracaj do Dursta Robinson, ty głupia cioto.

Jeśli Blood Brothers grają hardcore, jest to chyba jego ekstremalne wydanie. Jeśli metal, to dzieję się na tej płycie więcej niż w całej dyskografii zdecydowanej większości długowłosych matołów. Chociaż nie słychać tego od razu, Burn, Piano Island, Burn przesycone jest treścią, zarówno w zakresie bogactwa motywów, jak i rozchybotania rytmicznego (tak, zgadliście – słuchanie Blood Brothers to jak pływanie pod wodą w jaskini). Silne inklinacje w stronę matematyki nie przeradzają się, a właściwie nie mają w sobie nic z profesorskiego wyrachowania. Uwypuklenie warstwy rytmicznej jest wynikiem strategii produkcyjnej, ale jej asymetryczna geometria to efekt dzikiej spontaniczności, nie zimnych kalkulacji. Szczęściarze, są młodzi, i tyle. Może jeszcze kiedyś usiądą na stołeczku jak Fripp, na razie roznosi ich adrenalina.

Niestety kolesie chcą nam zastrzyknąć o kilka dawek energii więcej, niż są w stanie wyprodukować. Z całym szacunkiem dla tych wielkich starań, trudno odnaleźć się w potopie dysonansów i gwałtownych, piłujących solówek. Jasne, jest to fascynujące, ale żeby skupić uwagę dłużej niż na dziesięć minut za jednym razem, indywidualne wątki musiałyby osiągnąć odrobinę wyższy pułap, bo wykrzyczany, wyskandowany charakter albumu wcale nie ułatwia odbioru. Wykrojenie dowolnego fragmentu ze środka nie przynosi ujmy, wręcz przeciwnie, ale w normalnym trybie słuchania trudno doceniać jakieś kombinowanie ze strukturą piosenek, jakieś modulacje, kiedy myśli się tylko o własnym zlasowanym mózgu. Po cholerę po bardzo ładnym, akustycznym temacie "The Salesman, Denver Max" następuje refren a la to gówienko z dredami? Pewnie Robinson usłyszał coś spokojnego i domagał się "więcej czadu". To może być hymn na miarę "Smells Like Teen Spirit"? Nie sądzę, żeby właśnie tak miało się stać.

No i gdzie się podziała selektywność? Goście mogliby nauczyć się co nieco od kolegów z którymi zaliczyli wspólną trasę, ponieważ akurat Good Health to przykład płyty, gdzie ten balans zachowany jest idealnie. A brak selekcji naturalnie wiąże się z brakiem wyczucia. Ryczenie, zgiełk i jednostajne metalowe napieprzanie zazwyczaj ciągnie się za długo, a to co naprawdę ciekawe tylko chwilę. W "God Bless You, Blood Thirsty Zeppelins" samotny riff basu, na którym większość grup na co dzień produkowanych przez Rossa Robinsona prawdopodobnie oparłoby pół płyty, pojawia się na kilka sekund zaledwie. Spoko, niedosyt jest fajny, problem w tym, że z tysiąca różnych elementów tego utworu, tylko co drugi jest dobry. Ktoś zapomniał im powiedzieć, że nie daje się wszystkiego, bo inaczej kończy się pół na pół.

A ta wielka obfitość przykryta jest skrzętnie przez godzinę furiackiego wrzasku – każde przesłuchanie unicestwia cała kolonię moich szarych komórek, przed śmiercią wydobywających z siebie szyderczy śmiech i krzyk rozpaczy. Bezcelowe darcie mordy jest na dłuższą metę trudne do zniesienia. Piszcząco-skrzeczący Jordan Billie w tym nieustannym zapluwaniu twarzy być może chciałby opowiedzieć o młodym Mike'u Pattonie i Duffy Ducku spotykających się w więzieniu o zaostrzonym rygorze, gdzie klawisz jest dresem i gnębi skazanych, zwłaszcza tych cierpiących na epilepsję. Wzruszyła mnie ich histeria, chociaż niewiele z niej wyłowiłem.

Michał Zagroba    
6 czerwca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja