RECENZJE

Blondes
Touched (EP)

2010, Merok 6.5

W tej EP-ce to już bez wątpienia "o mnie chodzi". Blondasy pozwalają mi się wsłuchać w akcent z moich prawdziwych rodzinnych stron, z takiej jednej konstelacji, której nazwy wam nie zdradzę, bo – zwłaszcza – jakiś forumowicz z forum Porcys wyposażony w taką wiedzę mógłby zaszkodzić mojej duszy. Ograniczając się do spraw ziemskich, Lindstromową zajawkę odmalowuje się tu w podzwrotnikowo-fowistycznej palecie, logują się "kubizm i konkubizm", boska ręka (z małej, bo nie wiadomo dokładnie, jakiego boga) dodaje szczyptę new age'u i dla każdego znajdzie się łyk wody z Lichenia – jestem yeasayerem i prinsem takich sytuacji, znowu wyciągam leżak a'la Tim Durham, "ruszam nogami". Trip by trip.

Nie ma to, jak zacząć od ślizgania się po powierzchni psychozy chłopaka z ferajny Ray'a "of Light" Liotty, kiedy odrealniony helikopterowy wstęp pobudza czakrę korony. Rozlegają się głosy z głowy Picassa a la dialogi z Fall Of The Enterprise Bryarsa (Państwo tego nie guglują), których poszatkowaniu przytaknąłby Nuno Canavarro, a "wzruszające pasaże fortepianu" nakładają się na ostre kąty elektro pomykania, ustanawiając bardziej przestrzenną mutację jamów wczesnego Royksopp. Chyba wystarczy mi to za cały trance, który "jako artysta nie jest zatrudniany", chociaż społeczności podpowiadają, że Shpongle jednak dobre. Mimo tego, przy "You Mean So Much To Me" mogę z czystym sumieniem powtarzać co jakiś czas "orange" i przestawiać z E2 na E4 figurkę subtelnego Eldara z Warhammera 40K.

Ekstaza poza egzaltacją, czystość jakaś się w tym materiale odciska, nie czuć pozy, chłopaki jak przecinaki na luzie wykrawają sobie własny obszar, house i Ibizę, a przy tym robią wrażenie, jakby przy pomocy klawiszy z Ery Wodnika potrafili rozwiązywać zadania matematyczne. Tak jest w otwieraczu i w "Moondance", a potem przestaję analizować, bo pojawiają się kobiety. Mityczne blondes, które przekierowują cały majdan na drugą stronę Morza Śródziemnego. Na Cyklady, na których oczywiście cykają cykady. Osuszone, zminimalizowane, pochowane w trawie biciki pozwalają żeńskim aparatom głosowym na oddawanie się prostym, pastelowym przyjemnościom. Wokalizki zawisają w powietrzu, które stopniowo zaczyna gęstnieć od dronów i syntetycznych zagrywek pasterskich. Od opisywanego, stonowanego "Spanish Fly" zaczęła się zresztą przygoda Blondes w internetach. Ciekawe podejście w kwestii doboru materiału "singlowego". Ostatnie dwa krótsze utwory nie idą tą drogą, pozostawiając królowę Saby samą na rozdrożu – a niech tam – wziętą głęboko jak oddech przed wznowieniem realizacji daenikenowskich wizji. Chociaż bogami z kosmosu to nowojorczycy jeszcze nie są. Z przesterem na "jeszcze".

Andrzej Ratajczak    
30 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie