RECENZJE

Bloc Party
Silent Alarm

2005, Vice 6.9

Jest ich czterech, pochodzą z południowego Londynu, popylają art-punkowo. Mają hooki, mają wykonanie, mają wokalistę, który przypomina mi Albarna z Blur (tak tylko z głosu, bo w ogóle to Murzyn). Chłopaki kumplują się z Franzem Ferdinandem, ma się te znajomości, budżety, to wydaje się płytki – pod koniec zeszłego roku EP-kę, która narobiła sporo szumu w zblazowanych kręgach niezal-hipsterów, w lutym tego roku longpleja, który właśnie recenzuję z ośmiomiesięcznym opóźnieniem (wiecie, trochę czasu nie miałem ostatnio). Ale może i tak chcielibyście wiedzieć, co myślę?

Sześć kropka dziewięć powyżej oznacza, że brytyjska załoga spełniła pokładane w nich, po-EP-kowe nadzieje. Jest naprawdę dobrze, ale rozumiecie chyba, że jako znudzony punkowy wyjadacz muszę swoje popsioczyć, uzasadnić jakoś ocenę. (Wiem, że popadam już być może w pewną konwencję, ale truizmy, które zmuszony jestem tu recytować, mają to do siebie, że są prawdziwe). Wypada zatem rozpocząć stwierdzeniem, że (rzecz jasna) mamy tu do czynienia z zerowym poziomem oryginalności, a wpływy słychać jak na dłoni (tu następuje litania muzycznych tatusiów, mamuś i dziadków od Gang of Four do Les Savy Fav – założę się, że dożyję czasów, w których powyższy disclaimer będę dodawał do każdej recenzji w formie gwiazdki). Faktem jest również, że płytka zawiera wszelkie mainstreamowe chwyty, jakich się po niej można spodziewać – czystą produkcję, efekty studyjne, klaskania, szybkie numery, wolne numery, wolne acz przyspieszające numery, romantyczne numery, czadowe numery, no nie ze mną te numery, Bruner.

Sześć dziewięć nie wzięło się jednak z powietrza, co oznacza, że Bruner zastosował jakiś fortel, wybieg, połaskotał mnie w celu uzyskania wyższej noty. Wspominałem już, że dobrych motywów jest tu wcale niemało. Kawałki są co do zasady proste, ale chwytliwe dzięki inteligentnemu songwritingowi – przejścia, powroty, dyskretne efekty, start/stopy, backujące wokale, granie tych samych motywów na różne modły, dialogi gitar. No i szacunek (a nawet szacuj!) dla perkusisty (Matt Tong), który napiera może bez wielkiej finezji, ale efektywnie stosując podstawowy alfabet na dobrej prędkości, daje tej muzie odpowiedniego kopa. Tak, kochani, najlepsze momenty Bloc Party to nie romantyczne sranie pod koniec płyty, tylko zdrowe punkowe smażenie obecne w jej pierwszej części. Taka jest moja opinia i kto się z nią nie zgadza, to ma do tego prawo, ale zasadniczo się myli. Reasumując: o klasę gorsi od Hot Hot Heat, o pół klasy od Futureheads, Bloc Party mimo wszystko wymiatają, zostawiając Franza Ferdinanda w tyle. A do kilku pierwszych kawałków będziecie wracać nawet po wielu przesłuchaniach.

Tomasz Gwara    
5 października 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie