RECENZJE

Bloc Party
A Weekend In The City

2007, Vice 2.5

Oto przed nami najbardziej spektakularna jak dotąd klęska tego roku. Mało kto spodziewałby się jej dwa lata temu – po nie spełniającym w pełni oczekiwań, ale jednak bardzo porządnym pierwszym longplayu lubiło się Bloc Party. Tymczasem A Weekend In The City... Tak myślałem: jak nazwać cechę, która bije z tej płyty najmocniej? Będzie to chyba brak wyczucia. Kandydat do brytyjskiego parlamentu, gdyby prowadził "amerykańską" kampanię, pełną natchnienia, biblii i ojczyzny, nie dostałby ani jednego głosu. Bloc Party również lądują poza progiem, z poniekąd podobnego niedopasowania. Wielką jak stodoła piosenkopisarską niemoc usiłują przykryć dramatyzmem, ckliwością, czasem przygrzaniem. Kilka fajnych szturchnięć, najczęściej w postaci – wyjątkowo – nienadętych i treściwych zgryzów wiosła, dosłownie ginie w morzu anty-hooków wymyślonych zdaje się tuż przed wyznaczonym przez wytwórnię deadline'em. Już początek krążka dobrze opisuje co nas czeka: Kele Okerere leży odziany w białe płótno na pustyni, płacze do matki ziemi i prosi o deszcz mający uratować naszą planetę. Ostrożnie przyjąłem tu węższą interpretację – poziom wzruszenia wokalisty Bloc Party może sugerować że chodzi tu o ratunek dla całej galaktyki, a może nawet i wszechświata. Emocje w każdym razie narastają, pojawia się ściskające za serce arpeggio, po czym zapowiedziana przez wojenną perkusję wichura zmiata nas wszystkich i nie wiadomo jak to się skończy aż do drugiej zwrotki. D'uh.

Brak szczerości automatycznie lekceważy się lub nawet traktuje jako zaletę, gdy do czynienia mamy z czymś wartościowym z innych względów. Patos też może się sprawdzić. Natomiast podkręcenie czwórkowych kawałków na dziewiątkowe jest – sami przyznacie – mocno wkurzającym pomysłem, wręcz odrzucającym. Mamy tu do czynienia z udawaniem na taką skalę, że każde słowo tej recenzji to słowo za dużo; tak bardzo nie ma o czym mówić. Taki jeden polski zespół Hariasen stwierdził parę dni temu w Teleexpresie: "gramy raz głośniej, raz ciszej, zawsze z zębem". Te same zasady kierują obecnie Bloc Party, podobnej klasy również ów "ząb". A że większość widzi to inaczej – ciśnienie na zajebistość zespołu jak i followera, tfu, następcy ich debiutanckiego LP było tak znaczne, że wielu chyba nie wypadało bawić się w przesłuchanie Weekend In The City przed wykrzyknięciem z siebie entuzjastycznej opinii. Ci którzy się nimi przejęli dokonają żywota szybko – za parę miesięcy przy nachalności "jednej z płyt roku" niechybnie padną z nudów, złości i wstydu.

Jędrzej Michalak    
4 kwietnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie