RECENZJE

Blitzen Trapper
Wild Mountain Nation

2007, Lidkercow Ltd 6.9

Na swoim trzecim długogrającym albumie sześciu kowbojów z Portland – miasta, które dyktuje obecnie warunki w świecie jankeskiego niezalu – postanowiło zaprezentować materiał na tyle amerykański, na ile pozwala obrana przez nich mashupowa stylistyka; odwołując się do takich tuz klasyki domowego poletka jak Pavement czy Wilco, kolesie wysmażyli bodaj najciekawszą i najbardziej wciągająca wariację na temat late nineties indie jaką przyszło nam usłyszeć w tej dekadzie.

Tytuł środkowego dzieła grupy Steve'a Malkmusa musi pojawić się w każdej recenzji Wild Mountain Nation z jednego prostego powodu – jest to bezsprzecznie najbardziej trafny punkt odniesienia dla całej ramy stylistyczno-songwriterskiej materiału Oregończyków. Tak jak Wowee Zowee dwanaście lat wcześniej, tegoroczny Blitzen Trapper to pokręcony kolaż rdzennie amerykańskich brzmień, swoisty mixtape prezentujący ewolucję bluesa, country i folku z meta perspektywy eksperymentalnego rocka. A wszystko podlane nonszalanckim, bossowsko niedbałym sosem "klasycznego" niezalu, tak charakterystycznym dla poprzedniej dekady i tak wyróżniającym teraz Wild Mountain Nation wśród zerotreściowych wydawnictw spod znaku nu-indie.

Nakreśloną w ten sposób strukturę wypełniają z kolei kawałki o niespotykanym zróżnicowaniu stylistycznym i trochę tylko mniejszym rozrzucie jakościowym. Zespół czuje się dobrze w każdej z przerabianych muzycznych wrażliwości, więc obniżki poziomu wynikają tu raczej z losowych niedyspozycji melodycznych, a nie braku rozeznania w danej estetyce. Pogmatwany i energetyczny Pavement-spotyka-Beefhearta opener "Devil's A Go-Go" to jeden z najjaśniejszych momentów płyty; tymczasem opierający się na podobnym koncepcie "Murder Babe" nie potrafi już za bardzo przykuć uwagi. Podobnie ma się sprawa w przypadku prostszego, alt-countrowego oblicza krążka, choć z fragmentów jawnie zainspirowanych Summer Teeth podoba mi się zarówno przebojowy "Sci-fi Kid", jak i akustyczna Tweedowska balladka "Summer Town".

Przyczepić można się tymczasem do kawałka numer trzy, czyli niepotrzebnego wypełniacza w naiwnym stylu Jamesa Mercera (wpływ sceny lokalnej się kłania); tak samo następujący po nim "Miss Spiritual Tramp" nie przekonuje odniesieniami do wczesnego Becka, wywołując przekornie skojarzenia z zeszłorocznymi Tapes 'n Tapes. Ostatecznie jest to jednak szukanie dziury w całym, bo na każde "Futures And Folly" przypada wymiatający Zeppelinowski blues pokroju utworu tytułowego, a Wild Mountain Nation jawi się w końcu (prawdopodobnie) jedyną stricte niezal-rockową rekomendacją ze Stanów za rok dwa tysiące siedem.

Patryk Mrozek    
21 listopada 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie