RECENZJE

Blithe Sons
We Walk The Young Earth

2003, Family Vineyard 4.6

Jeśli kogoś nie zmęczyły jeszcze aformalne plumkania i przestrzenne pejzaże, inspiracji do których twórcy szukają w zakątkach odległych od cywilizacji, warto sięgnąć po awangardowe projekty Alien 8, Last Visible Dog czy Family Vineyard, bo gdzieś tam z dala od głównego obiegu niestrudzonym ludziom chce się trzaskać kolejne płytki inne od innych. Chyba nie trzeba informować jakie studio obrali Blithe Sons przed nagrywaniem We Walk The Young Earth? Topos opuszczonego bunkra, anyone? Topos usytuowania pod mostem? Tym razem rzeczywiście akustyka obu lokalizacji odcisnęła piętno na atmosferze produkcyjnej nagrań, natomiast obecne tu (wbrew pozorom) naturalne odgłosy leśnej fauny oraz tajemne życie ściółki kształtują w jakiś sposób zawartość, wyznaczając kierunek w jakim podążają gitarowe impresje oraz szumy i pogłosy generowane bliżej nieokreśloną aparaturą.

"Green Patterns" jest przykładem utworu eksplorującego możliwości niezwykłych miejscówek. Oddalone ćwierkanie ptaków, przesuwanie kamyków, pocieranie desek, symulacja pisku hamującego pojazdu rzeźbią ilustracyjną skorupę, zainspirowaną natchnieniem płynącym z określonych okoliczności przestrzennych. Niestety "Green Patterns", podobnie jak większość We Walk The Young Earth to propozycja skierowana raczej do koneserów dźwięku, audiofilów, freaków zagadnień teoretycznych, bo dla zwykłych śmiertelników nie ma do zaoferowania nic interesującego. Podobnie, chirurgiczne mikro-operacje podejmuje "The Oldest Living Things". Blithe Sons wydają się zafascynowani czymś, co mnie akurat zupełnie nie pociąga – wrzody zaczynają mi się formować, kiedy po raz kolejny staję w obliczu identycznego, przypominającego nierytmiczne szeleszczenie, dzwonkowego tła i pozamuzycznej szuraniny, tupaniny, czy delikatnego kopania o ścianę groty, po której spływa strużka wody, kształtująca się w pojedyncze krople wydające przy zetknięciu z podłożem pieczary cichy plusk, rejestrowany przez sprzęt nagrywający. Zaszyfrowane w tych przedziwnościach rezonanse – punkt centralny idei utworu – uprawomocniają analogię z badaniami geodezyjnymi albo doświadczeniem obserwowania powoli gasnącej i rozświecającej znowu żarówki.

Nastrój refleksyjnej monotonii nabiera na moment szamańskiej aury wraz z kilkoma dźwiękami piszczałki, wyłaniającymi się zza usypiającej mgły. Dość powiedzieć, że oprócz jednostajnego pomruku organowego, rozimprowizowanego akustyka i horrorystycznych kolaży "The Book Of Names", te kilka sekund pretenduje do najbardziej intrygujących fragmentów albumu – chwytamy się konkretnego motywu jak deski ratunku przed zapadnięciem w stan braku kontaktu z rzeczywistością jawną. Nie wiem, być może poczułbym etniczny puls Matki Ziemi, tkwiąc wspólnie z Glennem Donaldsonem i Loren Chasse w San Gregorio pośród roztrzaskanych, porosłych mchem pni sekwoi, zakrzewionych łąk i ciemnych moczarów, jednak na krążku ta podróż w najgłębsze sekrety obszarów, gdzie ludzka ręka nie poczyniła jeszcze spustoszenia, generalnie wypada nużąco i nieprzekonywająco.

Michał Zagroba    
27 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja