RECENZJE

Blimp
Pressure :Pleasure

2002, Ampersand 6.2

Liderem Blimp jest człowiek o imieniu Radek Dziubek. Jeden z jego partnerów, parający się między innymi grą na basie, keyboardach i gitarach, to Mariusz Szypura, obecnie kierujący przeciętną elektroniczną formacją Silver Rocket. W kontekście Szypury często przywołuje się nazwę jego poprzedniej grupy – Happy Pills. W dbałości o komercyjne powodzenie nowych projektów Mariusza, zasłonę milczenia spuszcza się na resztę artystycznego życiorysu byłego głównodowodzącego zespołem... L I Z A R. Zwykle stronimy od złośliwości, ale skoro inni nie chcą o tym informować, ktoś musi to zrobić. W takich wypadkach jesteśmy do usług.

W sprawie Radka Dziubka nie przeprowadziliśmy żadnego śledztwa, ale na pewno gdyby trochę poszperać znalazłoby się coś ciekawego. Kto wie, mogłoby się nawet okazać, że Dziubek z kolei jest byłym wokalistą Rotary i razem z Szypurą zainicjował trend nawróceń z brit-polu na elektronikę, analogiczny do tego, który obserwowaliśmy kilka lat temu w wykonaniu Budzy i spółki. Dobrze, ale nie o tym być miało.

Muzycznie Blimp nie wybiega niestety poza ramy bardzo zgrabnie przygotowywanej, ale cholernie sztucznej elektroniki. Z jednej strony, za niewątpliwą zaletę albumu należałoby uznać względną współczesność tej muzyki, czym Dziubek dystansuje chociażby najnowszą propozycję Komendarka. Z drugiej strony, taka wysilona nowoczesność siłą rzeczy, kiedy mówimy o polskich grupach, odbiera zespołowi własny charakter i zmusza do opisywania dokonań formacji w towarzystwie co najmniej kilku tuzów, od których Blimp zrzyna niemiłosiernie. Hm, to przywodzi do smutnej konkluzji, że niektórzy artyści zadowalają się drobną namiastką "zachodu" obecną w ich twórczości, pocieszając się chyba myślą o wyjątkowości swoich poczynań we wschodnio-europejskim kraju. Przykre.

Co do "wielkich", którymi inspiruje się Blimp – największe piętno na twórczości polskiej grupy wywiera oczywiście niemiecka scena avant-popowa. Duch Lali Puny unosi się nad produkcją, klimatem, aranżacjami. W momencie kiedy takie granie zaczęło być nudne nawet w wykonaniu samych wynalazców, do dzieła przystępują nasi rodacy, serwując nam muzykę, której głównym elementem składniowym są świszczące kliki (pomimo, że często stanowi to połowę treści kawałków, nadal sprawia wrażenie raczej cykania dla samej przyjemności cykania) i delikatnie pogrywający basik, tudzież niezobowiązująca gitarka. Na szczęście Blimp nie poprzestaje na samym kopiowaniu niemieckiego avant-popu, lecz sięga także po patenty w piękny sposób wprowadzane wcześniej przez Múm. Motyw przewijający się przez "Army Of Buildings" i wokaliza Agi Morawskiej zdają się wyjęte z Finally We Are No One, co jest oczywiście ze względu na czas nagrań niemożliwe, ale zawsze warto zwrócić uwagę na powiązania. Ale w przeciwieństwie do płyt Islandczyków, Pressure :Pleasure jest dziełkiem brzmiącym całkowicie sztucznie i syntetycznie, jak z laboratorium można by rzec. Jak elektroniczna Lali Puna bez wokalu. Za jedyny pozytyw produkcyjnego chłodu należałoby uznać fakt, że album wypada przy Electronics For Dogs Silver Rocket jak szczyt profesjonalizmu.

Spokojnie znalazłoby się jeszcze kilka punktów odniesienia. Niektóre fragmenty płyty wyraźnie wskazują, że muzycy Blimp słyszeli Life Is Full Of Possibilities Dntel. Jeśli "Army Of Buildings" wygląda na składanie hołdu Múm, to soundscape'y obecne w "It's A Timewarp Memory Slaps" i wielu innych fragmentach płyty kierują skojarzenia w stronę jednego z ubiegłorocznych arcydzieł. Zresztą, po co mówić o skojarzeniach, to jest słabsza kopia i już. Z kolei w sferze beatów nadzwyczaj często doznajemy Mouse On Mars'owego deja vú (swoją drogą czy istniało kiedyś w Polsce coś takiego jak IDM, heh?), ale to akurat wprowadza trochę inny odcień sztuczności w sztuczności, więc można taki zabieg uznać za pewne urozmaicenie.

Do przeciętniactwa, bezpłciowości i przewidywalności nieraz wyrażamy na Porcys wrogi stosunek. To prawda, wydaliśmy pieniądze na album Pressure :Pleasure i zawartość krążka z całą pewnością nam tego nie zwróci. Jednak nie zachwycalibyśmy się Dntel, gdyby nie wychodziły takie płyty, jak ta właśnie. Ani jedno z kilkunastu przesłuchań nie przykuło mojej uwagi na dłużej niż kilka minut. Blimp to tło zarówno dla codziennych czynności (ku..wa, czy ktoś może wytłumaczyć dlaczego przed koncertem Múm nie mogą lecieć właśnie Dziubki, tylko trzeba Life Is Full Of Possibilities kaleczyć?), jak i tło dla wszystkich genialnych Tamborellów tego świata.

Michał Zagroba    
26 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja