RECENZJE

Blackalicious
Blazing Arrow

2002, MCA 8.0

Prawdziwy hip-hop ze szczerą pompą. Prawdziwe klawisze, perkusja, wybitni adapterowcy, gitary i wirtuozi lingwistycznych akrobacji w służbie sztuki. Blackalicious nie tylko powtórzyli sukces artystyczny swojego pierwszego albumu, ale wypluli jedną z najbardziej frapujących, przyjemnych i emanujących muzyczną siłą hopowych płyt ostatnich lat. To jeden z tych albumów, przy okazji których można zapomnieć o wszelkich podziałach w muzyce, bo klasa i wrażliwość jej twórców przyćmiewa gatunkowość i łamie uprzedzenia.

DJ Vadim namawiał swego czasu do wspomagania ruchu "przeciwko r&b w hip-hopie". Twierdził, że szeroko pojęte pędy pochodzące od r&b niszczą hip-hop jak korniki drzewo. Widząc to, co dzieje się w telewizyjnych stacjach, nie trudno się z nim nie zgodzić. Warto by było jednak uzupełnić jego protest o klauzulę o treści "nie dotyczy Blackalicious", ponieważ ci żonglują sobie tymi kojarzonymi z r&b żeńskimi wokalami i funkowymi gitarkami wyjątkowo kojąco i strawnie. I choć wszelkie poszlaki wskazują na to, że Blackalicious zrobili płytę z myślą o tym, żeby dotarła do szerszego niż jej debiut odbiorcy (czytaj: lepiej się sprzedała) – album wydał jeden z majorsów – łagodzący wpływ r&b powoduje, że wiele z numerów mogłoby się pojawić w radiu – taki zwolennik undergroundu, jak ja, łyka ją z obliźnięciem. I mimo, iż Blackalicious brzmią momentami bardzo grzecznie i radiowo, nie ma wątpliwości, że reprezentują podziemie, co w wolnym tłumaczeniu oznacza autentyczność.

Hip-hop, tak jak i każdy gatunek i muzyka w ogóle, dzieli się na hip-hop labadziarski i taki, który podobać się powinien. Blazing Arrow należy do szlachetniejszych okazów tej drugiej kategorii. Blackalicious są mediatorami, którzy odziedziczyli generowanie pozytywnej energii po takich składach, jak De La Soul, A Tribe Called Quest, a z dzisiejszej sceny współżyją w ścisłej komitywie z Jurassic 5. Nawet laika nie trzeba chyba przekonywać o darze optymistycznego spojrzenia na świat, który posiadły wyżej wymienione bandy (nie mylić z bendy) i umiejętnościach dzielenia się nim z innymi.

Nie jest to płyta, która stanowi jakieś niespotykane oświecenie, nie znajdzie się też pewnie na liście moich ulubionych wydawnictw roku. Jednak z obiektywnego punktu widzenia to kawał dorodnego i godnego pozazdroszczenia, bujającego rzemiosła. Rzemiosła będącego jednak wynikiem naturalnego talentu wyssanego z mlekiem matki, a nie robienia czegoś na siłę, bycia raperem "z urzędu". Dlatego przestrzeń muzyczna jest tu tak pachnąca i naturalna. Kontrolowane wariacje rześko przemykają, tak jak piłka w rękach Globtrottersów.

Weźmy inaugurujący "Bow And Fire" – minuta wystarcza, żeby poczuć zapach tego albumu. Murzyński funk z klawiszami i kobiecym chórem stanowi doskonałą wręcz oprawę do okładki płyty (nawiasem mówiąc znakomitej). Po nim w roli głównej już sami mistrzowie ceremonii w jednym z najlepszych na płycie "Blazing Arrow", w którym sample bulgoczącej cieczy, skrecze i eleganckie wykorzystanie możliwości produkcyjnych, tworzą mozaikę, którą można by porównać do upgrade'owanego Anti-Pop Consortium. Ma tu miejsce oczywiście więcej nieprzeciętnych "czarnych kombosów" (nie mogę się uwolnić od tej okładki). W "4000 Miles" z koleżkami z Jurrasic 5 zabierają słuchacza w "przejażdżkę przez muzykę", w której "jednoczą się melodia i rytm" – zapewniam Was, nikt tak nie potrafi rapować. Ale co ja mówię. Włączcie "Chemical Calestenics" w okolice 3 minuty, a usłyszycie jak Gift Of Gab zamiast uzi, używa do puszczenia śmiertelnej serii własnych słów. Ledwo kończy strzelać, a tu już nadbiega mój ulubiony "Purest Love", no cóż naprawdę bardzo polecam tę płytę tym, którzy chcą dowiedzieć się, czym naprawdę jest hip-hop.

Żeby dopełnić recenzji, zaznaczę jeszcze, że Chief Xcel i Gift Of Gab są tu wspomagani, oprócz Jurrasic 5, przez takie znane figury, jak Cut Chemist, Saul Williams, Money Mark, niezliczoną ilość wokalnych gości, a w świetnym "Release" swojego darcia użycza nawet Zack De La Rocha. Może tylko trzy kawałki wydają mi się lekko przesłodzone, ale przyznacie, że na tle czternastu pozostałych nie mają one żadnego znaczenia. Blazing Arrow na pewno "Make you feel that way". Czil yo!

Krzysztof Zakrocki    
20 września 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie