RECENZJE

Black Rebel Motorcycle Club
BRMC

2001, Virgin 7.0

Nie wiem, jak was, ale mnie nigdy nie naszła faza na motor. Nocami śniłem (i śnię!) o milionach innych, typowych bardziej lub mniej, rzeczach, ale na Harleya jakoś nie wpadłem. Nie to, że nie lubię adrenaliny i innych, związanych z przemieszczaniem się taką maszyną doznań; po prostu obejrzałem za mało filmów na ten temat. Zdaje się, że lekceważąc go, popełniłem błąd, o czym przekonał mnie debiut Black Rebel Motorcycle Club. Wskakujmy więc czym prędzej na motory!

Debiut amerykańskiej formacji już w pierwszym kawałku daje nam znać, na co możemy liczyć w dalszej części albumu: brudne gitary, lekko ironiczny i pewny siebie zarazem wokal, świetne riffy. Nie należy się natomiast spodziewać: wielkiej oryginalności, ściskających gdzieś tam głębiej ballad, czegoś, czego się kompletnie nie spodziewało. Na szczęście nie każdy dobry album musi co chwila przyprawiać o zdumienie (ja na przykład wkuwam zawsze przy jakiejś płycie; gdybym przy każdej musiał co chwila zamykać oczy, by to mistyczne 'coś' przeżyć w pełni, nie skończyłbym przedszkola). Są takie, przy których po prostu kiwasz sobie głową, od czasu do czasu powtarzając "Oł je!" albo "Uhm!". BRMC należy do tej grupy.

Na okładce płyty widać trzech kolesi, którym generalnie nie zależy. Ani, żeby wyglądało, że zależy, ani żeby wyglądało, że nie zależy. Fotograf kazał każdemu patrzeć w inną stronę i koniec, fotka jest. Ani się specjalnie nie przebrali, w jakieś mundurki, czy coś jeszcze oryginalniejszego, ani nie przefarbowali włosów. Nie widać też specjalnie, by kogoś nienawidzili, albo przeciwnie, uwielbiali. Oni kochają tylko motory, a to nie grzech, zwłaszcza, że rzeczywiście dziki pomruk ich silników jest gdzieś tam w domyśle w każdej z ich piosence.

No dobra, co ja tak pieprzę ciągle o tych Harleyach? Już tłumaczę. Maszyny te, odkąd tylko istnieją, kojarzą się z nieograniczonymi przestrzeniami, z miłością, prawdziwą niezależnością. Coś dla mnie, powiecie. No tak, tylko skąd takie cacko wytrzasnąć, kiedy nawet na Komarka nie ma funduszy? No i gdzie u nas miejsca z klimatem na takie eskapady? Prawdziwe, godne Harleyowca, przestrzenie poprzecinane są drogami najwyżej polnymi. Jest jedno wyjście, które zresztą ratuje nam tyłki w milionach innych sytuacji: muzyka. A konkretnie BRMC: chłopcy świetnie zadbali o pragnące Harleya części naszych dusz. Nawet, jeśli tej potrzeby dotąd nie odczuwałeś, nie oznacza to, że jej nie masz...

Jak wspominałem na początku, ta muzyka nie jest nowa. Ale jest świeża i nie udawana; czy powiemy to samo o The Strokes? Haha. Wokali takich, jakie prezentują nam Black Rebel było sporo i będzie pewnie jeszcze więcej, to samo można rzec o warstwie brzmieniowej grupy: kto zna mniej niż piętnaście innych kapel preferujących gitarowy brud, jest fanem muzyki klasycznej albo Westlife'u. Mimo wszystko jednak Kalifornijczycy dodają coś od siebie, co skutkuje takimi dziełkami jak choćby mój faworyt – "Spread Your Love", z typowym dla tego zespołu energetycznym i wzywającym do czegoś (tytuł wyjaśnia, do czego tym razem) tekstem.

Słuchając BRMC czujesz prędkość, czujesz zapach spalin ciężarówki, która jedzie przed tobą. Przy odrobinie wysiłku spostrzegasz na sobie ciemną skórzaną kurtkę i gęstą, falującą brodę (kojarzycie ZZ Top?). Owszem, siła wrażeń zależy od nastroju i intensywności słuchania płytki, ale chyba tylko fanatycy z taką częstotliwością przekręcają kluczyki w stacyjkach, że szybko zajeżdżają swoje maszyny na śmierć. Ja swoją w każdym zamierzam wyprowadzać z garażu jeszcze jakiś dłuższy czas.

Jędrzej Michalak    
13 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy