RECENZJE

Black Mountain
Black Mountain

2005, Jagjaguwar 7.2

Oszałamiający Ta Det Lugnt, wulkan energii Hypnotic Underworld, istrumentalny psycho-jam Blue Cathedral. A może raczej fanklubowski Mazatlan? Rok dwutysięczny czwarty przyniósł nam w pełni zróżnicowany, zaskakująco porządny zestaw comebacków do tej jednej, jakże znaczącej i specyficznej przestrzeni czasowej – przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jednakże, debiut kanadyjskiego projektu Black Mountain, pozornie nieco spóźnione trzy grosze songwritera Stephena McBeana do revivalowego nurtu, można raczej uznać za kolejny (po modelowym przykładzie – zeszłorocznej płytce Plastic Constellations), skondensowany hołd wybranej epoce/stylistyce i szerokiemu zapleczu jej przedstawicieli.

Tak jak kolesie z Ghost specjalizowali się w psychodelicznych jazdach z orientalnym posmakiem, Dungen atakował precyzyjnie dobranymi power-hookami i jazz-rockowym flow, a gęstą odmianę proga spod znaku Comets On Fire trudno jednoznacznie zdefiniować, tak self-titled Black Mountain zdaje się mieszać i spajać wszystkie wyżej wymienione style, jeszcze więcej dodając od siebie. Trudno wręcz uwierzyć, jak niesamowicie rozległy jest wachlarz inspiracji grupy, oraz ile historycznych konwencji i wpływów udało się jakimś cudem wtłoczyć na krążek. Już dynamiczny, Velvetowy opener "Modern Music", czy następujący po nim "Don't Run Our Hearts Around" (King Crimson spotyka Led Zeppelin, by dać się wyprzeć Pink Floydom w końcówce), zdradza tribute'owy charakter albumu. Początek "Draganaut" to z kolei dalekie echa Sly & The Family Stone i mu pokrewnych; "No Satisfaction" brzmi jak wyjęty z Exile On Main Street, a linia bassu w "Faulty Times" przywołuje na myśl mroczną atmosferę Fun House.

W centrum całości znajduje się tymczasem nieoczekiwany powrót do przyszłości: "Set Us Free", prawdopodobnie najgorszy kawałek na krążku, to typowe i wysłużone, nużące alt-country w Oldhamowym stylu, zamknięte dla zmyłki w ramy progresywnej instrumentalizacji. Utwór może być jednak pomocny w analizie pewnego istotnego fenomenu – mimo głównie brytyjskich inspiracji, muzyka zespołu wręcz ocieka północnoamerykańskim klimatem małomiasteczkowego niezal, co dodaje tej specyficznej mieszance reminiscencji niewytłumaczalnej świeżości.

Reasumując, Black Mountain jest płytą w pewnej mierze paradoksalną: odtwórczą, acz z własnym, oryginalnym posmakiem. Abstrahując od brzmieniowej niejednoznaczności, imponuje przede wszystkim wykonanie samego kolażu: wszystkie estetyki pasują do siebie jak kawałki układanki, żadna nie stara się zapanować nad finalnym obliczem albumu. W dobie dramatycznej niemocy twórczej i wyczerpywania się pomysłów, formuła Black Mountain może jawić się ciekawym rozwiązaniem; zamiast silić się na eksperymentalizm czy – wręcz przeciwnie – skrupulatne odzwierciedlanie klimatu określonej muzycznej epoki, można składać kompozycje z precyzyjnie dobranych elementów – biorąc z kilku nurtów to, co najlepsze, a tylko spajając całość własnym "ja".

Patryk Mrozek    
7 września 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie