RECENZJE

Black Dice
Creature Comforts

2004, DFA 5.2

Albo szwankuje mi nagrywarka albo Black Dice nagrali płytę składającą się głównie z jąkania i dziobania. Takim muzycznym odpowiednikiem ekspresji werbalnej młodego Adama Michnika nowojorski kwartet, zaczynający kilka lat temu od ekstremalnych hardcore'owo-noise'owych nagrań, udowodnił po raz kolejny, że należy do tych najbardziej krnąbrnych ekip współczesnej sceny niezależnej, nie dostrzegających żadnych ograniczeń dla swoich śmiałych poszukiwań. Nowym wydawnictwem załoga z Brooklynu zbliżyła się, chyba jeszcze bardziej niż na znakomitym Beaches And Canyons, do eksperymentalnego elektronicznego zgiełku Merzbowa, trzymając się jednak z daleka od wynaturzeń, czyli preferowanego przez Masami Akitę ołowianego, agresywnego napieprzania, którego semiotykę mało komu zdrowemu na umyśle udaje się rozszyfrować.

Wśród rzeczy słuchalnych Creature Comforts z pewnością należy do albumów dziwacznych. Na wstępie "Cloud Pleaser" szydzi ze słuchacza, wprowadzając w świat bezkompromisowej sonorystyki dziewiczym meksykańskim tematem. Później spotykają się na płycie oniryczny noir-noise, chore bajkowe skrzeki Animal Collective, wprowadzające w trans modulacje na zasadzie fenneszowego "Before I Leave", miarowe cyfrowe fale kołyszące do snu, stukanie dzięcioła o drzewo, przeziębiony (kichający, kaszlący i czkający) digi-noise, oraz ekstremalne zniekształcenia ukazujące materię dźwiękową w procesie rozkładu. "Schwip Schwap" sprawia wrażenie chaotycznych komputerowych improwizacji, większego sensu nabierając dopiero wraz z przeskokiem do "Night Flight", kiedy te same nieskoordynowane, sięgające w rejony musique concrete odgłosy stają się podkładem do odrealnionej gitarowej przygrywki, następnie przeradzają się w ptasie techno-piski, kończąc na potwornie grubociężkich wyładowaniach jakby wyciętych z Sheer Hellish Miasma.

Struktura wydaje się w tym wszystkim kluczowa. Creature Comforts to coś na kształt psychodelii poddanej intensywnej obróbce w nowoczesnej tokarce; słyszymy tylko efekt, same "wióry" składające się z odgłosów współczesnej technologicznej rzeczywistości – transmitowanych sygnałów elektronicznych, szumów procesorów i innych szmerów cywilizacji. Trochę jak rozsypane puzzle; muzyka, którą należy stale układać i rekonstruować. Rezygnując z porządkowania bezładnych neurotycznych pobąkiwań (jak może być to przez niektórych interpretowane), pozbawiamy się przyjemności eksploracji tekstur, równających się w drobiazgowości mikro-zmian z tegorocznym Venice Fennesza, wynajdywania poukrywanych na dnie elementów melodyjnych, czy po prostu składania tego wszystkiego do kupy.

W jakimś tam sensie Creature Comforts oddaje klimat panujący obecnie na polu artystycznych prób. Jest niezdyscyplinowana, jak niezdyscyplinowane i chaotyczne bywają ostatnio artystyczne formy intelektualnego dyskursu. [Zastanówmy się: przykładowo, całościowe ogarnianie historii literatury wydaje się na tym etapie zadaniem niewykonalnym. Co dzieje się w głowie literata usiłującego dokonywać syntezy? Albo w głowie krytyka literackiego stającego przed dylematem czy powinien po raz drugi zabrać się za Joyce'a, czy raczej przerobić kolejną parę opracowań, autorstwa kilku świeżo upieczonych profesorów, na temat motywu Liffey w Ulku? W efekcie powstaje coraz więcej zbędnej makulatury, czyli tak zwanych książek, przeplatających cytaty z Barthesa z tekstami PJ Harvey, a zagubione studentki filozofii obnoszą się w zielonych kostkach z imitującymi metalowe emblematy naszywkami: "Sokrates", "Platon", "Heidegger".] Możliwym jest również, że wszystko powyższe to mylne odczytanie Creature Comforts. Zatrzymałem się w czasie, odwróćcie czas policjanty. Ze stuprocentową pewnością mogę o nowym Black Dice napisać tylko: - - / - . ,, . / - ^ ## -_: """ - < - > - - .

Michał Zagroba    
20 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy