RECENZJE

Black Dice
Broken Ear Record

2005, DFA 6.4

Black Dice tworzą muzykę na której nikt się nie zna. Black Dice są jedynymi mówiącymi po jakiemukolwiek oprócz japońskiego, którzy w radykalizmie swoich struktur muzycznych są w stanie nawiązać do tych, które do tej pory potrafili krzesać tylko ci po japońsku mówiący. No nie wiem jak to inaczej powiedzieć. No nie wiem no. Jak to inaczej można powiedzieć? No wiesz o co mi chodzi.

Strukturalny dżaba-noiz. Podróżując w obszary muzyki eksperymentalnej starają się klepać nowe formy. Podobnie jak Autechre. Black Dice jednak są o wiele bardziej zwróceni w muzyczną tradycję, najtrafniejsze jest tu przyrównanie do This Heat, a więc rzeczy z początku lat 80-tych (choć sami przyznają się do inspirowania Merzbowem i Melt Banana, w skrócie ekstremizmem). Black Dice w swoim upodobaniu łączenia form do siebie nieprzystających, w procesie improwizacji próbującymi homogenizować swoje gitaro-elektro-zlewy przypominają debiut Animal Collective (dygresja: kolejne ich płyty z wyhajpowanymi Sung Tongs są blade przy tym ostrym jak tasak pierwszaku), gdzie woda w sposób płynny przechodziła w ogień, ogień w zimno, a zimno w noc. Black Dice są od Animal Collective mniej rozlegli, jednak schematyczni i mniej poważni, miejscami idiotyczni, dupa. Ich propozycja mimo braku, tak potrzebnego w przypadku zlewowej koncepcji, wyczucia i celu jest sycąca muzycznie. Celem Animal Collective była opowieść, celem Black Dice jest destrukcyjne rozprucie, pokazanie od środka, przejście na drugą stronę i dotarcie dokądś. W treści muzycznej mogą nawet przypominać na przykład Butthole Surfers, są po prostu równie nieokrzesani w korzystaniu z przeogromnej palety dźwiękowych farb.

Dla niektórych Black Dice okaże się nie do przełknięcia, trudno się czegokolwiek złapać, ponieważ elementy, sworznie i dźwiękowe haki, które budują muzykę są wynikiem kapryśnego przypadku i procesowej konsekwencji. Nie ma odwrotów, nie ma przebacz, jest zgrzyt i płakanie zębów. Traktującym muzykę jak narkotyk wystarczy płytę polecić i doznawać oczywiście nie traktowanych poważnie innych stanów świadomości przy takim na przykład "Smiling Off", który jest wykapaną współczesną wersją This Heat, co jest dla mnie niezmierną radością. Odżycie tak trudnej do opanowania sztuki kalorycznej improwizacji nie bądącej emanacją akademickich zapędów, nie bojącej się bluesowej zagrywki i głupiego żartu jest arcyprzyklaśnięcia godne.

Już po napisaniu powyższych słów sprawdziłem skład Czarnej Kostki. Jest ich czterech, jeden jest Japończykiem, chyba jakimś amerykanizowanym sądząc po nazwisku. Obok Mu, to kolejna kapela, która potrafi fascynować i wykorzystywać w godny naśladowania sposób swoją transkulturowość przeradzającą się w prawdziwie muzyczny ekumenizm. Coś dobrego czego jeszcze nie było i tak to trzeba robić.

Jeszcze jedno. Jest taki zespolik Liars. Zapewne dążą do takiego poziomu muzycznego na jakim znajduje się Black Dice. Zapewne nigdy do niego nie dotrą. Podczas gdy ludzie w Black Dice zajmują się permanentnym poszukiwaniem przygody w muzyce The Liars zajmują się epatowaniem mającym zapewne zrobić tylko dużo hałasu. Tylko kurwa po co?

Ostatnia rzecz warta dodania dotyczy nie nawiązania przeze mnie do debiutu Beaches & Canyons. Otóż świadczy to o tym, że muzyka Black Dice potrzebuje jednak poświęcenia, ponieważ nie pamiętam ich debiutu z powodu właśnie nie poświęcenia dostatecznej uwagi. Przy okazji aktywnego słuchania muzyka Black Dice odkrywa przed słuchaczem swoje meandry, puste sensy (o czym dowiedziałem się właśnie podczas samowolnego opisu tego albumu), w sposób podobny jak superkolektyw Supersilent (na nich się nie miałem powoływać bo 6 to dla mnie jedna z czołowych płyt dekady). Do Beaches & Canyons wrócę z największą przyjemnością. A DFA po Juanie Mcleanie i właśnie Broken Ear Record, o płycie LCD nie wspominając, zalicza znów rok samych trafień w 10.

Krzysztof Zakrocki    
10 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie