RECENZJE
Björk

Björk
Vulnicura

2015, One Little Indian 6.8

Perspektywa nadejścia dziewiątego regularnego albumu islandzkiej gwiazdy nieszczególnie mnie obchodziła do momentu, gdy stało się jasne, że za produkcję współodpowiedzialny będzie Alejandro Ghersi. Jeden z twórców odpowiedzialnych za artystyczny sukces Yeezus, pomimo że nie zachwycił swym solowym krążkiem dla Mute, jest ciągle na tyle płodnym artystą, by jeszcze namieszać (choć trzeba uczciwie przyznać, że kredyt zaufania Wenezuelczyk powoli wyczerpuje). Tandem producencki – bo o takim należy mówić w kontekście Vulnicury – oprócz Ghersiego współtworzyła oczywiście sama Björk (wkład Kirlica okazał się jednak marginalny), która – przypomnijmy – od przeszło dekady nie stworzyła dzieła na miarę swoich możliwości, czego nie były w stanie przykryć ani producenckie sztuczki Timby (Volta), ani multimedialny charakter wydawnictwa (Biophilia). Z drugiej strony sprowadzenie zjawiska (jakim niewątpliwie jest islandzka artystka) jedynie do roli ikony popu lat 90-tych (bardzo częsty skrót myślowy) nie tyle jest dla niej krzywdzące, co po prostu nieprawdziwe. Bo o ile mogę zrozumieć brak zachwytu nad Vespertine, to odmawiania artystycznych walorów Medulli już zupełnie nie pojmuję.

Ta krótka przebieżka po części dyskografii nie ma w intencji obnażyć artystyczny zastój, jaki Björk na przestrzeni ostatniej dekady zdarzało się zanotować, ani tym bardziej jakoś wyjątkowo tej niemocy twórczej zaprzeczać; jej celem jest jedynie podkreślenie zestawienia. Zestawienia szczególnego, na które składają się artystyczna weteranka, posiadająca odpowiedni bagaż twórczy oraz będący na fali, rozdający karty producent. Tandem, który co najmniej w teorii jest mocno intrygujący i gdy tak sobie o nim myślę, coraz trudniej mi się tego poczucia wyzbyć.

Niestety już po pobieżnym kontakcie z albumem stało się dla mnie jasne, że Vulnicura nie da rady nawiązać walki z Medullą – możliwe, że jedynym przypadkiem w dyskografii tej znamienitej autorki, kiedy wybujały koncept został w pełni zrealizowany w zaprezentowanym materiale – co wcale nie oznacza, że album miejscami nie zachwyca, bo i tak się dzieje, choć raczej w mikroskali. Na poziomie ogólnym Vulnicura przypomina mi bardziej Xen niż &&&&& – podobnie jak to drugie wydawnictwo posiada dosyć zachowawcze podkłady. Nie zmienia to aż tak znacząco stanu rzeczy, bo synteza arcowych beatów z partiami instrumentów smyczkowych miejscami zamiata dość mocno, tworząc czasem symbiozę niemal idealną, a tym samym przywołując reminiscencje Homogenic.

Pomimo że te elektroniczne konstrukcje nie są szczególnie innowacyjne, nie znaczy to, że całość materiału nie jest złożona. Porcysiaki mogą trochę ponarzekać, że mało tu hooków (chociaż te także się tu znajdą), jednak na wysokości Medulli stało się jasne, że Guðmundsdóttir podąża w inną stronę – nie rozstrzygam, czy świadomie, czy też z powodu utraty łatwości tworzenia chwytliwych motywów. Tak czy inaczej pozostaje to w tym momencie kwestią drugoplanową. Istotne jest, że nie mogę wyjść z podziwu dla pracy, jaką Björk włożyła w napisanie każdej z zagranych tutaj smyczkowych aranżacji. W tym momencie dochodzimy do inspiracji quasi-poważkowych, co równoważne jest ze stąpaniem po grząskim gruncie, więc ucieknę od zbędnego wchodzenia w detale, a wtrącę jedynie, że ów ogrom pracy zwyczajnie da się wyczuć i nie trzeba być w tej dziedzinie żadnym ekspertem, więc karygodne byłoby jej niedocenienie.

Kompozycyjnie jest naprawdę dobrze. Jeden z nielicznych nużących, zamkniętych fragmentów, jakie odnotowałem, to "Not Get" – charakterystyczny dla Ghersiego rozedrgany, nerwowy beat także mnie nie przekonuje. No i jeszcze początek "Family". Tak, jedynie początek, bo co tam się, kurwa, wyprawia gdzieś na wysokości trzeciej minuty, od tej smyczkowej modulacji, to ja tego zwyczajnie nie pojmuję, lecz na poziomie emocjonalnym czuje, że to jebane mistrzostwo świata.

Przytoczone powyżej materiałowe mielizny (heh) rekompensuje wybrany na singla otwierający album "Stonemilker", który oprócz chwytliwego refrenu cechuje się liniami wiolonczeli, którym blisko jest do tych ze słynnej "Jógi" – dynamika partii wokalnych Islandki także ma w tym podobieństwie swój udział. "Lion Song" można zaliczyć do tego samego zbioru. Jest to chyba najłatwiej przyswajalny fragment Vulnicury, z fajnym patentem nałożenia zniekształconego pogłosem wokalu na wiodącą wyśpiewywaną partię (w ogóle co ta kobieta tam wyprawia na płaszczyźnie sztuki władania głosem i jak to pięknie wchodzi w interakcje z aranżacją!) i tym imitującym bicie serca pulsacyjnym beatem. Idąc dalej, dostojnym wokalnym wywijasom "Black Lake" także nie sposób odmówić songwriterskiego kunsztu, a dzięki skrzętnie budującej napięcie narracji wrażenie, jakie wywierają powtarzane frazy, jest jeszcze silniejsze. Wisienką na torcie w tej kategorii jest smyczkowy temacik z "Atom Dance" – miód.

Oprócz drugiej części "Family", trzy ostatnie utwory najbardziej przykuły moją uwagę. Wspomniany powyżej "Atom Dance", "Mouth Mantra" oraz "Quicksand" to fragmenty najpełniej realizujące przytoczoną przez mnie symbiozę elementów elektronicznych ze smyczkowymi. Słuchając tego zestawu, autentycznie odnoszę wrażenie, że osadzone na tych digitalnych szkieletach instrumenty imitują żywą tkankę, wręcz oddychają. Mamy tutaj wyraźny kontrast pomiędzy elementem martwym – mechanicznym, a elementem żywym – organicznym, a paradoksalnie te przeciwstawne względem siebie cząstki znakomicie się uzupełniają.

Powracając do szerszej perspektywy: ogólna refleksja, jaka mnie nachodzi, sprowadza się do prostej konstatacji – Björk dała z siebie więcej niż Arca. Stwierdzenie tego rodzaju może wydawać się trywialne, zważywszy na to, że to po prostu album Islandki, a nie Gershiego. Jednak biorąc pod uwagę trwały ślad, jaki Arca odcisnął na wydawnictwie Westa oraz przede wszystkim Twigs, nietrudno pokusić się o stwierdzenie, że wenezuelskiemu wizjonerowi po raz kolejny zabrakło odwagi, aby wykonać bardziej radykalne ruchy. Utwierdzam się w tym przekonaniu podczas słuchania beatu do "Quicksand", który skleiła blisko 50-letnia Islandka. Daleki jestem od stwierdzenia, że Arca zanotował podobny udział do tego, jaki zaliczył na We Were Dead Johnny Marr – lol, bo jego wkład jest zauważalny, jednak mam wrażenie, że mógł bardziej popuścić wodzę fantazji. Każdy kij ma dwa końce, i jeżeli z jednej strony martwię się o dalsze producenckie losy Ghersiego (może i na wyrost), to z drugiej należy się cieszyć z uwagi na drugi artystyczny oddech Björk, która zarejestrowała najlepszą porcję muzyki od dekady. Pójdę dalej i stwierdzę, że gdyby nie moim zadaniem zaniżona nota dla Medulli, tam na górze, z przodu, mogłaby widnieć siódemka, lecz stało się, jak się stało, a hierarchii należy się trzymać.

Marek Lewandowski    
18 lutego 2015
BIEŻĄCE
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #19
TinasheJoyride