RECENZJE

Björk
Volta

2007, One Little Indian 4.4

Przed premierą

Jak ten czas szybko mija. Obawiam się, że słuchając tegorocznego krążka będę musiał odwołać te słowa. Kilka faktów wskazuje na to, iż album może okazać się klęską artystyczną. A mianowicie Björk przekroczyła już wiek, który przed kilku laty wpędzał mojego ojca w stan przygnębienia. Walka z tym stanem może przybierać różne twarze. Niektórzy po czterdziestce rozglądają się za szybkimi samochodami i równie błyskawicznymi kobietami, a niektórzy wydają kolejne albumy studyjne. Do tej drugiej grupy możemy zaliczyć bohaterkę dzisiejszej recenzji. Czy nowa płyta będzie równie wymuszona jak krótkotrwałe związki z kobietami w wieku potencjalnych córek? Mam nadzieję, że nie. Wśród tych faktów możemy odnaleźć także pozytywy. Björk, żeby nie czuć osamotnienia albo w celu urozmaicenia swojej nowej propozycji (wybór wersji należy do was), zaprosiła do współpracy kilku interesujących gości. Obecność Timbalanda zelektryzowała nie tylko fanów jej twórczości, w zasadzie była to jedyna rzecz, która wywoływała u mnie poczucie umiarkowanego zniecierpliwienia związanego z premierą krążka. Oczywiście z pozostałymi nazwiskami także można było wiązać pewne nadzieje, ale Brian Chippendale czy Antony Hegarty nie robili na mnie takiego wrażenia jak wyżej wspominany gamoń.

Po premierze

Myślałem, że będzie gorzej. Spodziewałem się totalnej katastrofy, jednak będę musiał poczekać na nią prawdopodobnie do kolejnego krążka. Co prawda nie czułem dreszczy, które dawały o sobie znać podczas słuchania wielkiego tryptyku z poprzedniej dekady. A sam krążek wydaje się najmniej interesującą pozycją w dotychczasowej dyskografii. Pomimo tych mankamentów, album prezentuje się solidnie. Słuchając Volty odczuwałem nawet skromne ukontentowanie czy jakoś tak. Szkoda tylko, że stosunkowo rzadko towarzyszył mi ten stan.

Jesteście ciekawi na które momenty powinniście zwrócić szczególną uwagę? Nawet jeśli niewiele was to obchodzi i tak wam napisze. Taka moja rola. Trzeba przyznać, że Timbaland po części spełnia pokładane w nim nadzieje. O ile jego wiedza na temat snu jest mizerna, to jeśli chodzi o twórcze wykorzystanie chropowatych, brzydkich dźwięków trudno mu dorównać. Oczywiście voltowym produkcjom daleko do największych perełek Timby. Koniec z wychwalaniem Mosleya, w końcu to recenzja nowej Björk. Singlowy "Earth Intruders" prezentuje się doprawdy ciekawie. Mocarne bębny, deliryczny, rytualny bit, doskonała sekcja – naprawdę warto wracać do tych dźwięków. Bjork zaskakująco dobrze prezentuje się w otoczeniu kosmicznego popu Timby. Warto też zatrzymać się na moment przy "Innocence", brzmiącym jak odrzut z FutureSex/LoveSounds. Björk wychodzi tu cało spod ostrzału odhumanizowanych dźwięków. Trochę się o nią bałem, jak słychać niepotrzebnie. Wyszło niebanalnie i z klasą. Pozostawmy już Timbe w spokoju. Czas na popieprzone, cyberpunkowe "Declare Independence", gdzie opętany Brian z Lightning Bolt, gwałci małżowinę uszną kanonadą bębnów. Björk daje się ponieść temu współczesnemu "Pluto", co prowadzi do ciekawej metamorfozy. Islandka przemienia się w sfrustrowaną, dwudziestoletnią punkówe. Ja to kupuję i puszczam infantylny tekst mimo uszu. Jednak, żeby nie było tak przyjemnie, pora na trochę zasłużonej krytyki. Wyjątkowo nie lubię epickiej, rozlazłej kolaboracji z Antonym. Jeszcze nie udało mi się wysłuchać tej nudnej, bezbarwnej kompozycji do końca. Jedni rozpłyną się pewnie słuchając interpretacji wiersza Fiodora Tiutczewa, drudzy uznają to za profanację. Bliżej mi do tych drugich, choć doceniam fascynację Stalkerem. Mamy też zanurzone w dalekowschodnim sosie, minimalistyczne "Hope" oraz "I See Who You Are". Zastanawia mnie skąd to uwielbienie do chińskiej Pipy we współczesnej muzyce? Nieważne, w każdym bądź razie powyższe tracki na dłuższą metę bardziej nudzą niż intrygują.

W gruncie rzeczy wydanie pieniędzy na Voltę jest równoznaczne z zakupem biletu na blisko godzinny seans nudy okraszonej kilkoma efektownymi wyładowaniami. Niemniej jednak fani Björk powinni być usatysfakcjonowani, pozostali słuchacze mogą czuć pewien niedosyt. Jak już wspominałem mogło być gorzej, dużo gorzej. Szkoda tylko, że płyta predestynuje do roli sympatycznego zbieracza kurzu na półce. Trochę się rozpisałem, chyba niepotrzebnie. W końcu to tylko solidna Volta.

Wojciech Sawicki    
24 lipca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja