RECENZJE

Björk
Vespertine

2001, Elektra 6.6

Islandzkie słowo "vespertine" oznacza "rozkwitające wieczorem". Najnowsza płyta Björk dostawała ode mnie szanse we wszystkich możliwych warunkach – rano, popołudniu, wieczorem, na słuchawkach, na wieży, w tle i w pełnym skupieniu. Efekt był zawsze ten sam – o żadnym rozkwitaniu nie ma mowy. Wygląda to raczej na zwiędnięcie po wspaniałym Homogenic.

Nie wiem, czy tej artystce wyczerpała się już inwencja, czy to raczej chwilowy zastój. Faktem jest, że po kilku ważnych albumach (ze szczególnym wskazaniem na ten trzeci), Björk niestety nagrała płytę wtórną, bezbarwną i bez polotu. I wcale nie jest to proste do wytłumaczenia, teoretycznie rzecz biorąc wszystko jest na swoim miejscu – nowoczesne brzmienie (chociaż nie wybiegające w przyszłość nawet o sekundę), wysmakowane, momentami dość złożone aranżacje, oraz jedyny i niepowtarzalny – głos Björk. Ale są to wszystko pozory, zasłona dymna utrudniająca dotarcie do samego sedna – nudnych i bezbarwnych kompozycji. A pomyśleć, że zaczyna się całkiem dobrze.

By nie rzec – błyskotliwie. Na tak jebaniutki motyw, jak ten z "Hidden Place", stać tylko największych. W tym momencie byłem nawet gotów wybaczyć, że gdzieś już taką melodię słyszałem. Co więcej, słyszałem w wykonaniu samej Björk. I nie wiem, czy było to na Debut, Post, Homogenic czy SelmaSongs. Może po trochu na nich wszystkich. Dobrze, jeden auto-plagiat jestem w stanie odpuścić, co innego kiedy prawie każdy fragment to zaledwie powtórka z rozrywki. Co jest, do cholery? Artystka, która do tej pory starała się przecierać nowe szlaki w muzyce, zaczyna się powtarzać. Tego nie da się usprawiedliwić.

Ponadto, próba nadania całości wieczornego, intymnego klimatu zakończyła się w tym wypadku niepowodzeniem. Ale co można zdziałać mając w zanadrzu cztery interesujące melodie na niecałą godzinę muzyki? A to właśnie melodie były wcześniej jednym z głównych atutów Islandki. Potrafiła wymyślać rzeczy naprawdę cudowne, weźmy na przykład taką "Yoga", albo zamykające soundtrack do Tańcząc W Ciemnościach "New World". Powiedzmy wprost – gdyby takie motywy wokalu i orkiestry wymyślił Krzysztof Penderecki, czy jakiś inny "klasyk", z rozrzewnieniem wspominanoby je jeszcze przez trzysta lat. A na Vespertine wena twórcza opuściła Gudmundsdottir.

Jeśli nawet sporadycznie wpadnie ona na coś odrobinkę bardziej przykuwającego uwagę, zawsze sprawia to wrażenie słabszej wersji czegoś, co już kiedyś zdążyła nam zaprezentować. Najlepszym na to dowodem piosenka "Unison", która stanowiłaby być może porywające zakończenie, gdyby nie od razu nasuwające się skojarzenie ze wspomnianym już finałem SelmaSongs. Podobna podniosłość i próba kulminacji w refrenie, niebiańskie chóry w tle. Tylko, że w takim zestawieniu "Unison" wypada trochę blado. "Heirloom" zaczyna się słowami: "I have a recurrent dream". Jak na mój gust, pierwszy raz pojawił się on w 93 roku, by powrócić osiem lat później w nieco uwspółcześnionej wersji. Z kolei utwór "An Echo, A Stain" brzmi jak śmiertelnie nudna i denerwująca wersja "All Is Full Of Love" z Homogenic.

No właśnie, więcej jest tu takich denerwujących momentów. Czy w o g ó l e jest ktoś, kogo nie wkurza dziecinnie powtarzane "I love'im" na koniec "Pagan Poetry"? Wiadomo, brzmi to nie tyle ładnie i naiwnie, co zwyczajnie dennie. Albo te wszechobecne chóry. Wiem, że składają się na bajkowe klimaty, ale nie opowiadań do poduszki spodziewałem się po nowej płycie Björk.

Jeszcze do niedawna nie mogłem się przyzwyczaić, że jest już kolejne dzieło najsłynniejszej islandzkiej artystki. Po prostu nie byłem w stanie odnaleźć na nim niczego nowego w stosunku do poprzednich dokonań. Po bardzo wnikliwym zapoznaniu się z Vespertine nadal wszystkie zachwyty nad tą płytą stanowią dla mnie niemałą zagadkę.

Michał Zagroba    
15 marca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie