RECENZJE

Björk
Medulla

2004, Elektra 7.1

Pomysł nagrania płyty bez użycia instrumentów. Pomysł konstruowania utworów na bazie własnego wokalu i bitów prosto z gardzieli bitboksera. Dwa chóry. Że niby Björk chce stworzyć dzieło intuicyjnie, uzyskać brzmienie pierwotne. Może żadna to rewolucja (bo pewnie podobne dźwięki, przy odrobinie pracy, da się wykrzesać z dobrze zaopatrzonego komputera). Ale co, jeśli tu jest komponent, powiedzmy, atawistyczny, immanentny? Jakieś poszukiwania etnologiczne, jakieś zespalanie natury z kulturą. Jeżeli artystka chciała sprowokować lawinę dyskusji tego typu, to jej sprawa. Ja jestem od słuchania muzyki (jakkolwiek prostacko by to nie brzmiało) i Medulla stanowi wyzwanie. Wśród informacji prasowych, których pełno było przy okazji premiery wyłowiłem, że panna B. zaczęła nagrywać swoje nowe dzieło tuż po wydaniu Vespertine, co nie wróżyło dobrze. W trakcie procesu twórczego pod wpływem impulsu zmieniła nieco koncepcję. Chciała dotrzeć do esencji, podstawy (dźwięku?). Ambitne.

Rezultaty intrygują, a chwilami wręcz powalają. Jak mroczno-bagienny bit Rahzela z "Where Is The Line". Albo ten z "Who Is It (Carry My Joy On The Left, Carry My Pain On The Right)". (Kiedy Björk śpiewa "Who is it / That never lets you down / Who is it / That gave you back your crown", najlepszy human beatbox świata daje taki pokaz, że pomijając już jego zasługę w wyglądzie tego kawałka, zastanawiam się jak on to robi. No geniusz.) Plus oczywistość, czyli głos tej kobiety. Ponadto, chór londyński na zmianę z chórem islandzkim operują na płycie patosem i mistyczną atmosferą, składając niekiedy rasową ścianę dźwięku. Świetnie pomyślany dodatek, jednak w wielu momentach całkowicie zbędny. A, wypada jeszcze obalić jeden, powstały już na okoliczność krążka mit: nie jest to absolutnie płyta całkowicie a capella. Słychać pianino i wiele elektronicznych patentów (nie wspominając już przepuszczanych przez komputer ścieżek wokalnych).

Medulla to zdecydowanie lepszy album od Vespertine, konkretniejszy w formie. Można odetchnąć z ulgą. Co prawda odrzuca niekiedy sakralność budowana przez chór, ale częściej rządzą wspomniany już bit i backgroundowe smaczki (Tagaq na przykład). Meduzowo-morski klimat singlowej "Oceanii" też dość urokliwy, ciekawe czy tylko przez teledysk. Słuchając Medulli nie odczuwa się permanentnego deja vu: to nowa jakość u najsłynniejszej mieszkanki Islandii. Aaaaaa, "Mouth's Cradle" jeszcze, kiedy wokalistka dochodzi do "I need a shelter to build an altar away / From all Osamas and Bushes" (nie mogło zabraknąć politykowania nawet tutaj). Ta mini-dramaturgia z chórem i bitem Rahzela. Oraz najbardziej popowy, skonstruowany w starym, dobrze znanym stylu "Triumph Of A Heart" ze "skocznym" (hehe) bitem Dokaki i znowu Godfathera Of Noyze. To w zasadzie czołowe fragmenty. Do rzeczy nagranych a capella + chór nie potrafię się przekonać.

Wyszedł naprawdę znakomity album, którego wartość będę mógł chyba ocenić dopiero za kilkanaście lat. Moich uszu nigdy nie przygotowywano do czegoś takiego i w zasadzie konsternacja. Czy Rahzel i Björk nie powinni stać się duetem na miarę Timbalanda i Missy?

Mateusz Jędras    
1 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie