RECENZJE

Bitamina
Kawalerka

2017, Kalejdoskop 4.0

Wynajęta za bandycką stawkę kawalerka niedaleko centrum to bardzo plastyczny symbol, który w bezpretensjonalny sposób ukazuje bezpański poszarzały okres życia tkwiącego w dramatycznym rozkroku, rozpiętym pomiędzy utraconym już gmachem pełnej pewności i nadziei o tę mityczną przyszłość, adolescencji, a niezbywalnym pragnieniem wkopania w glebę zalążka jakiejś drobnej brzozy. Klon palmowy odpada, najistotniejszy jest tutaj biały kolor gładkiej kory dekoracyjnie wpasowujący się w wizję tego sztucznego małego i miałkiego domku znajdującego się na wyklętym z jetsetowego świata, ale za to spokojnym przedmieściu. Jest własny, jest stały, jest murowany, a w pakiecie dorzucili jeszcze wygodny płatny urlop pozwalający dać sobie w końcu spokój z neurotycznym wyrywaniem kolejnych kartek z kalendarza, pozbawiając się nerwicy natręctw skupionej wokół ciągłego roztrząsania przeszłości i przelewającego się przez palce czasu. Zasłużone drobnomieszczańskie kapcie, gdzie nawet wizja drążących w ciele larw ma posmak jakiegoś wewnętrznego odprężenia... To przecież tylko garść przesadzonych projekcji – ziomek zamuła, stopujesz blanta – to, co powyższe przy pierwszym odczytaniu będzie mieć błędny posmak rozprowadzającego się po ciele uczucia ciepła, to błąd, to duży błąd, przecież to omawiane życiowo-kawalerkowe ujęcie w tym muzycznym przypadku tak mocno związane jest w swym rdzeniu z antypatycznym i żałosnym odczuciem będącym jednocześnie solidną podstawą pod intrygujące estetyczne przeżycie zanurzone w paskudnym bagnie, zarówno tym metaforycznym, jak i tym brutalnie dosłownym turpistyczno-brudno-podłogowo-skarpetkowym, coraz mocniej irytującym, gdzie piętno uciekającego czasu i ryzyka obudzenia się o kilka lat za późno w stanie bycia wolnym robi ci tik, tik, tak…

Robi się trochę niewygodnie i niezręcznie, zwłaszcza że z każdym kolejnym ustawicznie odpalanym pod klatką blantem, poza odkładanym THC, pod czaszką gromadzi się coraz większe, geometrycznie rosnące poczucie winy, coraz bardziej uwierające, coraz wyraźniej podkreślające obecny płynny kawalerski status pozbawiony stabilności. Widmo krąży nad Polską, widmo krąży pod twoją czaszką – widmo stworzenia dojrzałego, odpowiedzialnego związku. Wieczni chłopcy, uliczni pariasi pozbawieni głębi damsko-męskich relacji wszystkich dzielnic łączcie się pod nowym płytowym manifestem Bitaminy, której gorzkawy smak jest śmiałą próbą muzycznego uchwycenia powyższego stanu, jednak ze strony artystyczno-formalnej – nieudaną, ponoszącą dotkliwą klęskę.

Antypatyczna – słowo klucz w kontekście odczytania tego albumu, jedno słowo podkreślające ten strzał, bo ta płyta zwyczajnie taka jest – wysoce odpychająca, tym razem bez angażowania w to tego drugiego metaforycznego dna, w tworzonej spójnej koncepcji mającego dobrze współgrać z ujętą wcześniej tematyczną warstwą przewodnią. Kawalerka jest po prostu skrajnie niemiła, brudna, niewietrzona i tak w ogóle to charka pod buty mijanym na ulicy przechodniom, przyczyniając się do tego, że po nieudanym przesłuchaniu można poczuć na sobie nieodparte pragnienie zmycia jej z siebie. Dobra, z tym myciem zbyt ostro, zbyt niebezpiecznie, zwłaszcza jeśli ten krytyczny głos tańczy na bardzo cienkim lodzie igrania z utalentowanym kolektywem, docenionym (choć zdecydowanie za mało), ciekawym, zasłużonym, diabelnie dobrym, tu wstaw każdy inny pozytywny epitet, i w swoich muzycznych poszukiwaniach na tyle ambitnym, abym jako polski słuchacz mógł rzec, że czuje się przed nimi onieśmielony, a nasze podwórko, nasz fonograficzny plac zabaw jest ich niegodny.

Zmieńmy na chwilę ten oskarżycielski ton, co tu zatem gra, albo raczej co tu nie irytuje? Na Kawalerce porzucona została atmosfera dziecięcego rapowego materiału poprzeplatanego archiwalnymi wyciągami z oldschoolowych kreskówek na rzecz zdecydowanie bardziej piosenkowej, dojrzalszej oraz przebojowej radio friendly formy. Do worka pozytywów (raczej do małej foliowej reklamówki) na pewno wpadnie utrzymanie statusu quo posiadania własnego unikalnego charakteru budowanego za pomocą kolorytu jednego z fajniejszych aktualnie istniejących w Polsce wokali. Bitamina stworzyła swój łatwo rozpoznawalny styl z lekko infantylnym klimatem (to pozytyw), który udziela się nawet na ich porządnych instrumentalach – obczajcie sobie wspaniałe "Fly High" i ile dobra się w nim kryję – klimatem będącym wyraźnym głosem w niekończącym się zalewie miałkiej i nijakiej alternatywy, o czym długo nie trzeba mówić, aby niepotrzebnie nie marnować przestrzeni, jeśli w zaangażowanej społecznej świadomości, wiedzącej co nieco o panujących warunkach lokalnej sceny, to jest to już ich immanentną cechą, o którą można było być spokojnym.

Gdy przyjrzymy się bliżej, znajdziemy na tyle zadowalające rzeczy, że mogłyby być odrzutami z poniekąd świetnego i instrumentalnego C – utwór "Kawalerka Na Sprzedaż", na ciebie głównie patrzę, fragment trawestujący "Still Dre", czy też "Nie Wiem Jak", są również wyjątkowo przyzwoite, jednak ta przyzwoitość, budowana jest na dopieszczonych szczegółach, ornamentach, które tracą na znaczeniu w sytuacji, w której pierwszoplanowa dominująca konstrukcja jest przeważnie nieatrakcyjna. I tu wchodzimy w clou problematyki tej płyty, bo mógłbym tutaj na siłę wychwytywać sztuczne plusy, ale co z tego, jeśli materiał pogrąża się w zasłyszanym od niechcenia komentarzu/pytaniu, co to za happysadów tam tak słuchasz. Druzgocący cios, nokaut w pierwszej rundzie zamykający temat.

Nie jest to jedyny grzech, biorąc pod uwagę, że Kawalerka jest po prostu nudna i to zdecydowanie nie w ten przyjemnie nudny sposób leniwego popołudnia. Słuchaczowi się nie chcę, zespołowi się nie chce, mi się nie chcę, chociaż jest to mój pieprzony obowiązek. Dominująca atmosfera nicnierobienia udziela się wszystkim i wszystkiemu wokół, zwłaszcza jeśli cały ten posmak przeciętności potęgowany i poprzetykany jest pozbawionymi werwy, olewawczymi instrumentalnymi zagrywkami (dobitny przykład singlowego domu). Doskonale rozumiem, że taka była koncepcja, a te perkusyjne/gitarowe skacowane ścieżki mają prowadzić dialog z ideologicznym szkieletem całego projektu, jednak tak jak w poprzednich niejednoznacznych przypadkach, na pewno nie ma mowy tutaj o tym dobrym, pozytywnym olewactwie, przywodzącym na myśl historie o pijanych kowbojach z takiego wczesnego Modest Mouse. Na Kawalerce snuje się to wszystko leniwie, pląta bez celu, kopiąc pozostawione na moście puszki, ciągnie się, jakby nikt, absolutnie nikt w studiu nie miał jakiejkolwiek ochoty, aby się w to wszystko zaangażować. No i są jeszcze teksty:

Ciocia pyta, kiedy coś wyskrobię
Cóż, ja jej odpowiem, nie ma co skrobać
Se nie poskrobię
Jedna głupia, druga głupia
Trzecia o mnie mówi, że głupi jestem jak but
I że to cud, że w ogóle ktoś mi ufa
Daj mi jakąkolwiek, choć najchętniej tą ze śląska dziołchę
Niech pierogi nam lepi, pliz

O ile miejscami zdarzają się wyjątkowo dobre liryczne strzały, to często gwałtem na ucho wchodzą inwazyjne słowne zbitki psujące odbiór, zbitki wydające się tylko chaotycznym strumieniem świadomości wyrwanym z kontekstu, bez żadnego pomysłu, bez żadnego przemyślanego ciągu przyczynowo-skutkowego. Że magazyn powiększyli, że se może obiad podgrzać, i tak "se" to leci, i to nadużywane "se" też sobie leci. Pasowało to w placu, ta artykulacyjna lekko zdziecinniała interpretacja, w tym przypadku, po tej piosenkowej formalnej zamianie, tego typu podejście mocno się gryzie z resztą materiału, popadając w stylistyczne konflikty. W końcu wiem co to wiśnia, co lipa, co dom.

I ja sobie to wszystko łącze w jedną całość, sporo kminie, odpalając papierosa od papierosa, i się zastanawiam coraz mocniej, nie mogąc zrozumieć, do czego to doszło, gdzie to właściwie zaszło, dokąd to zmierza i co właściwie autor w tej muzycznej stylistycznej rewolucji miał na myśli. Przecież na tyle sposobów można eksperymentować i poszwendać się po dziwnych dźwiękowych rejonach, można paradoksalnie taplać się w niejednoznacznej estetyce popowej nieładności, jak mała słodka świnka, ciągnąc sobie infantylny dziecięcy słowny potok korespondujący ze świetnym drugim albumem. Nowa Bitamina niestety leży bez życia, proszę jej nie przeszkadzać, proszę się rozejść, zaraz powinna wstać, otrzepać się i w studiu odpokutować to wszystko kolejnym świetnym albumem, zapiszcie te słowa, bo tak w końcu się stanie.

Edit: Jednak ta dominująca antypatia ma w sobie coś magnetycznego, hipnotyzującego, bo trochę złagodniałem w stosunku do tej płyty, łapiąc się na nieświadomym odpalaniu Kawalerki sam z siebie, dla własnej przyjemności, czując brud na sumieniu. Coś niezrozumiałego każe mi do niej wracać, więc dla uczciwości chciałem się tym podzielić, i wam to tylko zaznaczyć, dystansując się trochę od przesadnych wylanych pomyj towarzyszących pierwszym odsłuchom. Ta płyta jest słaba, zła, odpychająca, ale przez to coś w niej ciągle urzeka i przyciąga, a ta nuda, po kilku odsłuchowych cierpieniach, przemienia się ponownie w nudę, ale tym razem tą przyjemną, odprężającą i kapciową, do obrony honoru, której mogę z całego serduszka śmiało się przyłączyć.

Michał Kołaczyk    
15 marca 2017
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time