RECENZJE

Bird And The Bee
Ray Guns Are Not Just The Future

2009, Blue Note 7.7

Rozpoczyna się od tryumfalnych fanfar w stylu "patrzcie jak rządzimy", i trudno nie zgodzić się co do zasadności tegoż posunięcia i prawdziwości tejże przechwałki. Greg i Inara w świecie coraz istotniejszego popu pogranicza niezal-mainstreamowego królują już od czasu debiutanckiego Ptaszka i Pszczoły; nie mam więc najmniejszego zamiaru udawać tu zaskoczenia bezkonkurencyjnością ich drugiego pełnograja. Nic z tych rzeczy – już dzięki "Fucking Boyfriend" Bird and the Bee stali się bowiem zespołem z gruntu nietypowym dla swojej epoki – grupą, której dokonań autentycznie wyczekuje się z niecierpliwością, przewidując możliwe posunięcia i tendencje rozkwitu, a także szczeniacko zajawiając się każdym malutkim kroczkiem w przód (a w tym przypadku głównie wybornym One Too Many Hearts); wszystko po to, by finalnie otrzymać dziełko wykraczające bezczelnie poza najśmielsze prognozy i żurnalistyczne scenariusze.

Na dobrą sprawę wystarczyło im odkurzyć trochę zapomnianych pomysłów z sesji Bird And The Bee, skompilować materiał z dwóch następujących po niej wyśmienitych EP-ek i ewentualnie ozdobić całość finezyjnie jedną lub dwiema świeżymi elektro-jazz-popowymi perełkami. Proste – za proste. Już wspomniane minialbumy cechowały się spontanicznymi erupcjami kreatywności, lecz dopiero Ray Guns śmiało podąża drogą zamierzonej reinwencji patentów, sięgając absolutnych wyżyn stylistycznego bogactwa (na jakie tylko pozwalają ich słodko-gorzkie środki nie-do-końca popowego wyrazu). Nieskazitelnie czysta, radiowo kompatybilna produkcja to tylko powierzchniowa emulsja dla motywów, które przebyły już całkiem spory dystans od czasu swojego nieśmiałego debiutu; tam, gdzie charakterystyczna Kurstinowa instrumentalizacja stara się wzbudzać w nas uczucia swojskości, ukryte pod warstwami nienagannych wokali, onirycznych keyboardów i delikatnych cymbałków kotłują się kompozycyjne rozwiązania o które nikt by przecież żadnych indie-popowców nie posądził.

Wiadoma jest fascynacja duetu muzyką czarno-amerykańską, która definiowała skład dwa lata temu w równie znaczącym stopniu jak pojęcie elektro-akustycznego dance'u dla nietańczących; do jazzu i soulu dołącza jednak tym razem hip-hop, i to od razu w nielichych proporcjach. Ponad połowa utworów oparta jest na klasycznie miejskich, posiekanych bitach, a również panna George (nawiasem mówiąc operująca dużo szerszym wachlarzem wokalnych konwencji i fasonów niż na self-titled) pokusiła się tu i tam o wyrazistą, quasi-rapową nawijkę. Znajdując ostatecznie ujście w bossowskim "Polite Dance Song", ten hip-popowy mariaż przypomina to, co w rockowym kontekście wyczyniał z rapową spuścizną Dismemberment Plan. Do tego dochodzi sznyt kabaretowo-filmowy, w świetle którego zabiegi aranżacyjne Grega osiągają apogeum swojego kunsztu, bezbłędnie komponując się z nadzwyczaj rozległym spektrum umiejętności rozbrajającego głosu jego uroczej partnerki.

Kwintesencję Ray Guns stanowią właśnie te momenty, w których świeże pomysły splatają się ze sobą, błyskotliwie doprowadzając do powstania zupełnie nowej jakości na stykach. "My Love", bazując na old-schoolowym bicie złożonym z handclapów i syntetycznego kick druma, łączy w sobie sentymentalną emfazę (and I say it like it was good thing) oraz majestatyczną retro-soundtrackowość, stroniąc jednakże od jakichkolwiek przejawów pretensjonalności; narastające progresje na poziomie zarówno poszczególnych akordów, jak i całych melodycznych bloków to tymczasem typ songwritingu, który najprędzej jest w stanie całkowicie mnie roztkliwić. "The Witch" mógłby natomiast być pełnoprawną częścią zbioru pod tytułem Felt Mountain, ba, jednym z jego najbardziej ujmujących highlightów; trudno chyba o lepszą rekomendację. Bez pudła wypadają również fragmenty wyraźniej odnoszące się do stylu Bird And The Bee, tak jak żwawy i hooczasty "What's In The Middle", ślicznie dyskretny "Meteor" (reminiscencje "Such Great Heights" jako symboliczne pożegnanie z elektro-indie-popem), czy przepiękny "Baby", nawiązujący swoim późno-letnim klimatem do idyllicznej atmosfery "Spark".

Najlepsze zakończenie dla powyższego peanu sformułował już Piotrek blisko dla lata temu; jedyne, co mogę dodać od siebie, to że Bird And The Bee niewątpliwie wzięli sobie jego słowa do serca.

Patryk Mrozek    
22 marca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie