RECENZJE

Bing & Ruth
No Home Of the Mind

2017, 4AD 7.3

No, nie ma domu, nie jesteśmy w domu, nie... Nowo nabyty prestiżowy znaczek 4AD wprost informuje o niedawnej przeprowadzce Davida Moore'a do dużo obszerniejszego mieszkania; biorąc poprawkę na renomę wytwórni, to jesteśmy w niezłym penthousie w centrum alternatywnego miasta. Pierwszy kompozycyjny strzał i od razu rodzi się w słuchaczu podstawowe pytanie: jak nowe cztery ściany zapewnione przez hojnego mecenasa ostatecznie wpłynęły na jego minimalistyczną muzykę? Na pewno mamy tutaj brzmieniowe przetasowania, jest trochę inaczej, czy zatem z tego powodu możemy mówić o dojmującym uczuciu obcości – nie, zdecydowanie nie, rdzeń pozostał wciąż ten sam. Wprawdzie, w stosunku do poprzednich perełek, Moore stał się mniej wyrazisty, bardziej rozmyty, jeszcze mocniej rozpływający się na wszystkie kierunki, jednak i tak czuć tu, że stoi to wszystko na mocnym fundamencie dobrego wychowania wyniesionego ze skromnego rodzinnego labela/konserwatorium/domu, a dokonane zmiany na tle starych doświadczeń obcowania z muzyką pianisty ostatecznie wypadają...

Wróć, restart, od nowa, powinniśmy rozpocząć od małego hołdu, zbioru pochwał za całokształt twórczości w swojej formie czyniącej mezalians klasyki z elementami współczesnej elektroniki spod bardziej ambientowego znaku. Bo co jak co, ale uprzedzając główny temat dzisiejszego minimalistycznego odcinka, swoimi albumami Bing ustawił poprzeczkę naprawdę wysoko. Jeśli ktoś ma bardzo krótką pamięć lub z wielką stratą dla siebie przez przypadek nie trafił na Binga w 2014 roku (tak jak ja, za co się pokornie kajam), to śpieszę z wyjaśnieniami: Bing & Ruth, ze swoim Golden Age, zyskał dość przyzwoite recenzje (poprawka: cholernie przyzwoite recenzje osiągające zazwyczaj sumę zbliżającą się do skraju możliwej skali), trafił także do naszego zestawienia 100 najlepszych płyt 2010-2014 i topu 10 albumów 2014, przez co tym bardziej polecałbym na Moore'a zwrócić uwagę, zwłaszcza jeśli nowe wydawnictwo, No Home Of The Mind, wyraźnie próbuje szturmem powtórzyć dokonania poprzednika.

Nie oszukujmy się, nie uda się. Na porównywalny sukces nie ma tutaj szans. Wypalenie? No way – to głupie. Intuicyjnie czuć, że czeka nas w przyszłości jeszcze sporo fajnej muzyki. Co ja mówię, już jest dobrze, bardzo dobrze, a przy takim "Scrapes" (indeks nr 3 na płycie) czy przedostatniej płaskiej kresce, to słuchacza ściska sobie bezczelnie tu i tam. Że jest gorzej niż było? Nie przeszkadza to cieszyć się zbiorem wysoce przyzwoitych utworów, budowanych na niekończących się fortepianowych pasażach pędzących, w dół i w górę, w dół i w górę, w górę i w dół, pierwszy song w górę, później znów w dół, w górę i w dół i tak do końca, z kilkoma dużo bardziej spokojnymi, budowanymi na minimalnej liczbie wciśniętych klawiszy wyjątkami. Miałem dodać, że spokojnymi i melancholijnymi, ale to słowo przystaje perfekcyjnie do każdej utworzonej tutaj dźwiękowej zbitki (no spójrzcie na twarz kolesia i powiedzcie czy oczekiwalibyście po tej twarzy czegoś żywego i radosnego?). Utwory budowane są na dwóch sąsiadujących ze sobą platformach, pierwszej skupionej wokół bardzo charakterystycznych i niekończących się klawiszowych ewolucjach oraz tej drugiej – elektronicznej. Jakby to metaforycznie i obrazowo przedstawić, to mamy sobie bardzo przyjemną muzykę tła, do której komuś po fakcie kazali dograć pasujące dźwięki, a na końcu to wszystko integralnie połączyli w niezwykle spójną całość.

Jakieś wady? Powtarzalność – tu zdecydowanie można zaatakować płytę. Oczywiście, to ambient, wiadomo, że nie ma tu co oczekiwać groteskowo powyginanych progresji akordowych, czy innych prostackich dropów. Jednak, mimo tego, że Bing gęsto posługuje się tym dobrym zjadliwym patosem, to ciężko tutaj, zwłaszcza przy pierwszym odsłuchu, dosłyszeć jakichś mocniejszych, zapamiętywalnych momentów lub tego bardzo charakterystycznego stanu zawieszenia, nagłej iluminacji, za które trzeba kochać ambient całymi trzewiami. Chodzi o to odczucie nagłego uświadomienia sobie, że te lecące sobie gdzieś w tle pięć dźwięków, znienacka przejęły kontrolę nad koncentracją, stopując aktualnie wykonywane nieistotne czynności, włączając w to tętno, oddech i szalone miganie źrenicami. No nie, aż tak to nie, ale ten połowicznie obrany ziemniak tkwiący w ręce od pięciu minut o czymś świadczy – poprzedni Ruth, Oval, airport, Riley czy inny Hecker, i ten omawiany w sumie również, ale to dopiero po kilku odsłuchach (paskudna zmiana tonu – nvm).

Więc czym się No Home Of The Mind wyróżnia na tle zbędnych terabajtów beztreściowej klawiszowej muzyki dorzucanej na żywo do spożywanych Moules zanurzonych w winegrecie, w ekskluzywnych restauracjach hotelowych. Może wprost – w genialności mikroskopijnych szczegółów – o matko, z jednej strony kolosalność użytego banału w kontekście przedstawianej muzyki może zaboleć, jednak z drugiej strony bardzo dokładnie i dużo mówi to nam o tym, dlaczego ta płyta stoi w swojej ocenie tu gdzie stoi, a nie tam, gdzie stoją te francuskie ostrygi. Bo spójrzmy raz jeszcze na "Scrapes" i na to, co tam się dzieje na wysokości drugiej minuty i 5-10 sekundy, bo to jest po prostu emocjonalny kosmos, a wraz z nim jest tu jeszcze kilkanaście innych, w równym stopniu wybitnych momentów, rzutujących na cały odbiór, urywając do końca dyskusję nad potencjalną szarlatanerią Moore'a.

Już powoli milknąc tak jak te utwory. Przyznam się, że wybuchnął mały spór o wartość tego krążka, dobra nie wybuchnął, bo nie było o co się spierać, bo się skończył, zanim się zaczął, bo się szybko wycofałem, aby w spokoju móc powrócić do codziennego obdzierania sobie kolan. Teoretycznie to wszystko co powyżej powinno być niekończącą się ścianą tekstu o tym, jak ta płyta jest doskonała i wspaniała (w końcu siódemeczka), ale coś tu ciągle przeszkadza w bezkarnym oddaniu się pieśniom pochwalnym nad Bingiem. Dla upewnienia powtarzam odsłuch i nagła refleksja – wrzucam sobie popiół na głowie, nie mam racji. Potem przypadkiem szafa zmienia na debiut lub Goldena, jednak mamy tutaj wyraźny z Homem regres, później raz jeszcze próba zmierzenia się z nowym wydawnictwem, które ponownie zastanawia, czy to może jednak jest dużo lepsze, niż na starcie się wydawało. Ja już nie wiem, zgubiłem się, poddaje, bo po co mam to wartościować z dokładnością do ostatniego przecinka, jak to tak ładnie wszystko sunie.

Michał Kołaczyk    
23 lutego 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie