RECENZJE

Bill Wells & Maher Shalal Hash Baz
Osaka Bridge

2006, Karaoke Kalk 6.5

Z góry uprzedzam nie jestem dziś w nastroju do pisania. Nie chce mi się. Następny tydzień mam z lekka przejebany, co ostatnio staje się normą (młodzieży kochana, nie idźcie na studia, nie warto), Borys ma chwilę wolnego to terroryzuje mnie na gg deadline'ami, nie jest to bynajmniej najlepszy moment żeby mi się nie chciało, ale co z tego, skoro mi się nie chce! I nie to, że mi się nie chce na rzecz czegoś innego, co mi się chce, o nie, nic z tych rzeczy po prostu tak egzystencjalnie mi się nie chce. Chce mi się nic, mówiąc inaczej. Złośliwi powiedzą "trzeba było tyle wczoraj nie pić", normalnie bym im coś odpowiedział, ale dzisiaj mi się nie chce. I to jest właśnie doskonały moment, żeby coś wam napisać o Osaka Bridge, póki jeszcze odrobinę mi się chce.

Bill Wells – pianista, Maher Shalal Hash Baz – półamatorski zespół jazzujący Toriego Kudo i jego żony Reiko, chcecie wiedzieć coś więcej? – www.google.com, polecam. Skoro wprowadzenie mamy już za sobą przejdźmy do sedna, do istoty niechciejstwa i folgowania sobie. Przenieśmy się do równoległego wszechświata (wróć, nie równoległego tylko zgoła prostopadłego, takiego w poprzek wszystkiemu), do świata ruchowej antypudzianowości, krainy wzniesionej na heroicznej bezproduktywności, celebrującego mentalną recesję i pikujące wskaźniki inicjatywy. Poczujcie się jakbyście przed chwilą osobiście nadmuchali balony na wszystkie zabawy sylwestrowe mające się odbyć w waszym powiecie. Skoro wiemy już z grubsza gdzie się znajdujemy spróbujmy umiejscowić w tym hermetycznym światku wiecznej bessy muzykę naszych dzisiejszych gości.

Przez drobne nacięcie na płaszczu izolującym ten zgnuśniały mikrokosmos od rażąco aktywnej rzeczywistości, wkradają się nieśmiało dźwięki dęciaków i pianina, tu i ówdzie wsparte przeważnie bezinwazyjnymi narzędziami perkusyjnymi. Chociaż cząstki z jakich składa się ten nicoświat nie są przyzwyczajone do ruchu, dawka zaaplikowanych im wibracji mieści się w granicach tolerancji wyznaczonych przez panujące tu prawa fizyki – czytaj wzbudzają one co najwyżej podryg małego palca u lewej nogi. Proste melodyjki, jak na kulturalnych gości przystało, dostosowują się do panujących tu zwyczajów i nie zmuszają pensjonariuszy do jakiegokolwiek wysiłku analitycznego. Gdybym miał zdecydować o odcieniu emocjonalnym tych nieskomplikowanych kompozycji zdecydowanie wskazałbym na ciepłą afirmację drobnych przyjemności – herbata z miodem, poranna kawa i takie tam zjawiska, o których wypada pisać tylko gimnazjalistkom w swoich pamiętniczkach. Delikatne nucenie Reiko towarzyszące garstce kawałków utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że płyta ta została stworzona jako alibi do uskuteczniania kanapowego spleenu.

Prostota, miejscami z premedytacją podążająca w stronę naiwnego prymitywizm, trudno na tej podstawie stawiać zarzuty o wygórowane ambicje estetyczne. Nieprawda. Jest w tym zwiotczeniu mięśni i dziwnej pustce umysłu coś szalenie ujmującego. Coś na co warto przeznaczyć garść ładnie skleconych zdań. Nieprawda. Uczone pastwienie się nad tym albumem zakrawa na gruby nietakt, poza tym, czy wspominałem już, że dzisiaj mi się nie chce?

Paweł Nowotarski    
22 listopada 2006
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018