RECENZJE

Bill Callahan
Apocalypse

2011, Drag City 6.2

Gdy zakurzoną drogą dwaj bracia powracają w rodzinne strony, towarzyszy im ”Vessel In Vein”. Nie wiemy jeszcze, że jeden z idących nie żyje, nawet jeśli mogą zasugerować to przewijane na ekranie wspólne zdjęcia, pozornie ujmujące szczęśliwą aurą, będące jednak wodą na młyn bezlitosnej zemsty. W zwieńczeniu Dead Man’s Shoes Shane Meadowsa czara goryczy przelewa się w potężniejących lamentacjach chóru, który wykonuje Psalm 130 w interpretacji Arvo Pärta, podczas gdy na ekranie odbywa się spowiedź, w której brak rozgrzeszenia. Być może właśnie taki kontrast, ustawia odpowiednią perspektywę dla tegorocznego albumu Billa Callahana, który z historii ukrytych pod skórą wydobywa niejednoznaczne napięcie i ciężar godny tłustych rogatych stad maszerujących przez przestrzenie amerykańskiego zachodu gdzieś w czasie zaprzeszłym. Apokalipsa Callahana, podobnie jak inspirujący ją krajobraz, z pozoru statyczna, nienachlana i oszczędna porusza się gdzieś w pyle szlaku, w całkiem metaforycznie pojmowanej drodze, rozwiewającej się w proch przy bliższym zetknięciu. ”The real people went away/ I’ll find a better way someday/ Leaving only me and my dreams” – rozpoczyna poeta, poprzedzając uderzenie w nylonowe struny ozdobione od czasu do czasu westernowym smykiem.

Początek jeszcze nie zwiastuje całkowitego zerwania z miękką strukturą uroczego Sometimes I Wish We Were An Eagle. Właściwie to warstwa tekstowa przede wszystkim narzuca interpretację, ze swą gorzką ironią, odsyłając bardziej do czasów ostatniego Smog. ”I saw the calf/ I saw the bees/ I saw the buffalo and the colt/ Well, I’m sure they all laughed at me/ At me solo in my boat” – a łódź dryfuje gdzieś na krawędzi pamięci, stawiając Callahana w obliczu wielu odcieni tego samego uczucia, którego symbolem jest z pozoru cicha atmosfera hotelowego pokoju. ”Well, all this leaving is neverending”, spostrzega jeden z narratorów, który w pogoni za doznaniem, spotyka cień niewyrażalności, przynależnej większości z opisanych na albumie historii: ”I realized I had said very little about ways or wheel/ Or riding for the feeling”.

Jeśli jakiś fragment zaskakuje, to z pewnością ”America!”. Duszny, na waitsową modłę hipnotyczny utwór aspiruje do miana anty-hymnu, atakując gniewnym przesłaniem. Pozbawiony lirycznej subtelności pozostałych, wpisuje się jednak w rekonstrukcję amerykańskiego mitu, jaką przeprowadza Callahan. Nie jest to żaden atak z zewnątrz, lecz raczej spojrzenie z oka cyklonu, przestrzeni ze wszystkich stron otoczonej burzą, gdzie narrator wrośnięty w krajobraz, potrafi dostrzec subtelności umykające tym, którzy emocjonalność końca kojarzą ze wstrząsającą rewelacją: “When the earth turns cold/ And the earth turns black/ Will I feel you riding on my back?/And for I am a part of the road/ Yeah I am a part of the road/ The hardest part”. Prawdopodobnie z tego powodu recenzowanie Apocalypse, jest niezwykle trudne: spojrzenie na tę drogę umożliwia jedynie fragmentaryczne jej zrozumienie, a dotrzymanie na niej autorowi kroku w tej chwili wydaje się po prostu niemożliwe.

Wawrzyn Kowalski    
27 sierpnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja