RECENZJE

Beyoncé
B'Day

2006, Columbia 5.3

Jakby chciałbym mieć informację dla wszystkich, którzy zdają się zadowalać konstatacją, że Beyoncé nosi peruki, czasem sypia z Jayem, który z kolei na to samo pozwala sobie z Rihanną, która pozwala sobie na wszystko i ze wszystkimi, którzy wcale nie nagrywają dobrych płyt i nie zawsze biorą udział w sypianiu. Ale nie wiem. Loading strony oficjalnej ilustruje paseczek i pszczółka. Sexy. Do czynienia można tu mieć z kilkoma przesunięciami. Główny singel, "Deja Vu", jest najbardziej harrisonowym kawałkiem na płycie, mimo bycia zrobionym przez kogoś innego. Rzeczony Richard natomiast poszedł w vintage i nalepił funku. Trzeci mały krążek promujący, ten o niezastępowalności, trochę kręci, ale w zamian dzieje się w nim nic, co szkodzi. "Ring The Alarm" w każdym możliwym przyniesieniu w walizce to naprawdę dobry drugi singiel, pomimo na najniżej usytuowanych slotach percepcyjnych żerowania, zaspokaja, eksplozywność i gryzienie. Satysfakcja, choć nie pierwszej już jakości, występuje. I klip! Klip, w którym wyuzdane cytowanie z filmografii każdej (ale to każdej), osadzonej w klimatach zinstytucjonalizowanego wykorzystywania władzy, kobiecej roli, jest przerysowane poślednio i słodko. B' lubi się prężyć o relacji podległości dobierając także fatałaszki, Sharon Stone najbardziej oczywistym przejawem, bo inne trwają sekundy. Słodkie. A na wiosnę szykuje się reedycja mająca duet z Shakirą zawierać. Osiem lat za późno. Swizz Beatz, Pharrell, Harrison, Jay-Z, nie wystarczyli.

Mateusz Jędras    
22 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie