RECENZJE

Beyoncé
4

2011, Columbia 5.1

KFB: Zniecierpliwionych uspokajam – to ciągle nie jest TA płyta na którą tak czekamy w dyskografii Beyoncé. 4 to nie jest ten kultowy album, którym żona Jaya-Z zapewni sobie muzyczną nieśmiertelność i status popowej ikony. Przesadzam? A kto, jeśli nie B', ma dziś nagrać taką płytę? Wsparta świetnym producentami rewelacyjna technicznie wokalistka w teorii posiada wszystko, by coś takiego popełnić, ale za każdym razem napotyka na swojej drodze jakieś przeszkody. Najnowszy album jest pierwszym wydanym bez opieki ojca, ale gdybym tego gdzieś nie przeczytał, to sam bym na to nie wpadł. Nie ma żadnych wyuzdanych bangerów ani ociekających seksem ballad czy czegokolwiek, czego nie byłoby na wcześniejszych płytach Knowles. Znajdziecie tu za to sporo klimatu 80sowego popu, ale o dziwo najlepszy wałek utrzymany w tej stylistyce na 4 się nie znalazł ("Schoolin' Life" - polecam). Najbardziej frapującym fragmentem tego albumu jest chyba "I Miss You", do którego 3 grosze dorzucił Frank Ocean – ten utwór to rzadki przykład "nawiązania dialogu" z trendami dominującymi we współczesnym r'n'b. The-Dream dał materiał na potencjalnie wymiatający singiel ("Love On Top"), jest też potencjalny następca wyciskacza łez "Halo" – "I Was Here" i reszta bardzo solidnego wypełniacza. Nie ma na co narzekać, dobre rzeczy się tu dzieją, ale nic nie poradzę – siłą rzeczy po prostu wymagam od Beyoncé więcej.

KB: Ja już się czasami zastanawiam, czy może po prostu przestałem lubić pop, skoro praktycznie nic mi się ostatnio nie podoba. Sorry, ale Knowles brzmi tu jak wokalistka tzw. adult contemporary, jak jedna z tych wielkich niegdyś gwiazd, których kolejne płyty już nikogo nie interesują. Nie potrafię się na tej płycie doszukać porządnej piosenki, w ogóle nie za bardzo słyszę tu piosenki. Lubię Beyoncé, ale nadal kiedy myślę "Beyoncé", słyszę automatycznie naładowane brutalnie chwytliwymi hookami przeboje z dwóch pierwszych płyt, a nie to co dziewczyna prezentuje obecnie. Pora też obalić mit o Knowles jako wielkiej wokalistce, bo nie do końca jest to prawda. Owszem, gdy Knowles ma do zaśpiewania rasowy popowy przebój, taki jak "Deja Vu" czy "Crazy In Love", to wypada znakomicie. Rewelacyjnie wypełnia kompozycyjne zawijasy i naładowuje poszczególne hooki napięciem, jakiego wymagają. Kiedy jednak dostaje ckliwą balladę taką jak "I Was Here", czy inny "dojrzały" utwór jak "1 + 1", to jej operowanie emocjami ogranicza się do wyciskania i wyduszania swojego głosu. To teoretycznie jest szkoła Whitney Houston i młodej Carey, ale każdy kto słyszał "I Will Always Love You", wie że niezależnie od tego jak wiele kpin rzuca się w stronę tego wykonania i jego podróbek, nadal potrafi wywołać dość duże emocje, nawet jeżeli słuchacz najchętniej by je wyparł. Kiedy Beyoncé śpiewa swe balladziska, to dla mnie to jest bliższe Celine Dion, niż Whitney. To są podobne emocjonalne wydmuszki jak piosenki Kanadyjki.

Można mi zarzucać preferowanie feel good vibe'u w popie, taneczności nad rzewnością, ale uważam, że tego typu schematy kompozycji i wykonania się zwyczajnie nie sprawdzają. Jeżeli coś mnie naprawdę wzrusza w popowych balladach, to takie manipulowanie przebiegiem kompozycji, które podejrzewam o wyrachowanie. Chodzi o umiejętne przeplatanie punktów kulminacyjnych momentami uspokajającymi, o wzrosty i spadki napięcia. To dlatego rozckliwiam się nad "Time After Time", "Purple Rain", czy nawet "All By Myself". Zresztą nie chodzi tylko o ballady, ten sposób pisania piosenek nadaje przecież ogromną rolę tak lubianym mostkom i prechorusom. Tymczasem większość kompozycji na 4 to zachowawcze, jednostajne emocjonalnie nudy.

Próby zrobienia czegoś inaczej podjęto w "I Miss You", z tym że przy bliższym poznaniu okazuje się, że chodzi tylko o to, że Knowles się uspokaja, a robotę odwala nieco ambientowy podkład. Na pierwszy rzut oka najfajniejsze w zestawie "Love On Top" przywołuje ducha Off The Wall, co od razu ociepla serce, ale za chwilę jestem znudzony – Knowles może i zaczyna od przyjemnego nucenia, zwrotki wydają się powoli podnosić napięcie, sam moment przed wejściem refrenu daje powód do emocjonalnego wybuchu i nagle te napięcie siada, bo Knowles zaczyna wyć do refrenu, którego nie ma. Takich refrenów słyszeliśmy setki, co gorzej pewnie w jakichś musicalach. "Countdown" brzmi trochę jak "All Off The Lights" lub coś innego z ostatniej płyty Westa - niby całkiem fajne, ale w końcu myślę sobie - właściwie po co tu się tu tyle dzieje? Gdy ballady na 4 cierpią na niedorozwój emocjonalny, to tzw. bangery mają problem z nudnym efekciarstwem. No, może poza "End Of Time", chyba jedynym, w którym znalazło się miejsce dla konkretnego refrenu, nienagannego wykonania i wyjątkowo celnej produkcji. Zabawne jest też, że z płyty wyrzucono najlepszy utwór – "Schoolin' Life" – który jest świetnym przykładem tego, że ani maltretowanie swojego głosu, ani zmuszanie producentów żeby robili dziwactwa wcale nie jest potrzebne, jak się ma napisaną fajną piosenkę.

ŁK: Jeśli album 4 czegoś nas uczy, to tego, że Beyoncé robi co jej się podoba. Płyta jest chaotyczna, ma dziwnie ułożoną tracklistę, nie całkiem ją rozumiem. Zaczyna się od czterech ballad (?!). Na otwarcie płyty wybrano singiel "1+1" – wielki, potężny, mocarnie zaśpiewany (wiadomo, porównania do Whitney Houson i nawet Céline Dion) i niestety nudnawy. "I Care" i rozdzierające "Best Thing I Never Had" są na szczęście zdecydowanie lepsze. Czego nie można powiedzieć o napisanym z pomocą Franka Oceana anemicznym "I Miss You", które reprezentuje styl modnego sypialnianego emo r&b. Po powolnym starcie płyta nie może się rozpędzić, ciężko tu właściwie znaleźć jakiś prawdziwy banger. Piosenki są jednak w większości dobre – choćby "Love On Top" w stylu Jackson 5, delikatnie płynące "Party" Kanye Westa z Andre 3000 na featuringu i aksamitne "Rather Die Young" (kolejna ballada). Na koniec nie pasujący do niczego, agresywny "Run The World (Girls)", wyprodukowany przez Diplo i Switcha numer żywcem wycięty z albumu M.I.A. Niezły album, który zbija z pantałyku i niestety nie daje wielkiej satysfakcji.

KM: A mi najprzyjemniej słucha się właśnie tego nudziarskiego adult contemporary. Stary dziad jestem i wzrusza mnie, gdy taka pełnych kształtów piosenkarka jak Beyoncé porzuca na chwilę ociekające czym tylko się da bangery i nawiązuje do Mariah i Toni, a nawet Whitney, której debiut liczy sobie już 26 lat. Tamte czasy były piękne dla r'n'b, a teraz z ówczesnej elegancji nie ostało się już nic – mamy tylko schyłkowy, manierystyczny przepych. Gdy 4 też zaczyna podążać w kierunku wytyczonym przez Kanyego i Janelle, nachodzą mnie myśli, że jeśli Frank Ocean nie uratuje muzyki, to czas umierać.

Krzysztof Michalak     Kamil Babacz     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak    
11 lipca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie