RECENZJE

Ben Frost
A U R O R A

2014, Mute 7.1

Zobaczyłem Aurorę zanim ją usłyszałem. Jej obfitą ostrość w blasku. Pierwsze od dawna doświadczenie synestezji było niespodziewane, przez lata uczyłem się chłodnego, intelektualnego odbioru. Odgórnie narzucone, interdyscyplinarne postrzeganie muzyki wydawało mi się często banalną drogą ucieczki od jej rdzenia, niepełnym zanurzeniem w bogactwie treści. Stawianie dzieła w kontekście politycznym, geograficznym, poszukiwanie przyczyn dla określonych rozwiązań strukturalnych w biografii twórcy, odnoszenie się do miejsca nagrywania, jeśli samo miejsce – jak w przypadku albumów Jacoba Kirkegaarda – nie odgrywało istotnie pierwszoplanowej roli w twórczym procesie uważałem za interesujący, lecz dla przeżycia estetycznego drugorzędny naddatek w rozważaniach o muzyce.

Ben Frost mógł doświadczyć Konga w głęboki i wielowymiarowy sposób, a podróż, którą odbył z Richardem Mosse niewątpliwie sprowokowała go do przemyśleń, jakie znalazły odbicie w szczególnym charakterze jego najnowszego dzieła. A jednak, końcowa wizja może w interpretacji słuchacza odnosić się zarówno do krwawych konfliktów zbrojnych w środkowej Afryce (jak chcieliby niektórzy komentatorzy podążający za wywiadami z artystą i historią towarzyszącą Aurorze), jak i (niech będzie trywialnie) portretować z lotu ptaka, w duchu Koyaanisqatsi, tętniącą życiem nocną metropolię – zgodnie z intuicyjnym wyborem jednostki.

Wokół Aurory wyrosła już jednak wyraźna, "oficjalna" narracja, która z pewnością ma potencjał, by pogłębić lekturę nowego Frosta. Inaczej niźli w przypadku albumu By the Throat, który cechowała drogocenna umiejętność unikania jednoznaczności, Aurora wydaje się stanowić monolityczną strukturę. Pamiętny album z 2009 roku zbudowany był z kontrastów, z wykorzystaniem dźwiękowego światłocienia. Mieliśmy do czynienia z muzyką skłaniającą do przyjemnego odpadania od rzeczywistości, relaksacyjną, choć niepokojącą, niedopowiedzianą baśnią, która w tamtym czasie ugruntowała pozycję Frosta jako jednego z najciekawszych, współczesnych twórców ambientu.

Aurora jest ekspansywna, zaskakująco emocjonalna i zdecydowanie bardziej plastyczna. Zbudowane na symbiotycznej dychotomii pomiędzy "mechaniczną" naturą syntezatorów i "żywą" bazą instrumentów perkusyjnych kompozycje nabierają ciężaru w bezkompromisowej demonstracji siły (sam Frost określił album mianem "potwora" i nie sposób nie przyznać mu racji, wziąwszy pod uwagę rozmach, z jakim zbudowana została struktura Aurory). Chwilowe ataki niemalże-ciszy w części utworu "The Teeth Behind Kisses", w "No Sorrowing", uwypuklają narracyjny charakter dzieła, heckerowskie "zakłócenia transmisji", ukrywające strzępy melodii "Sola Fide" czynią spektakl intensywniejszym, gdy uzyskane w ten sposób rozmycie umożliwia jeszcze większą dowolność interpretacji.

Zobaczyłem Aurorę tak, jak ogląda się film, ze ściśle nakreśloną dramaturgią, rozpoczynający się od krótkiego wstępu, znajdującego rozwinięcie w napędzanej "plemiennymi" bębnami agresywnej ekstatyczności "Nolan". Przywołanie tu nazwiska twórcy najlepszych filmów o Batmanie też może posłużyć za ciekawą ścieżkę interpretacji. Na przecięciu pierwotności z futuryzmem odbija się dalekim echem fragment rzeczywistości znanej z Dark Knight Rises. "Secant", po dłuższym wstępie, olśniewa hymnicznym patosem melodii dźwiganej przez potężny rytm, aż do złudzenia, że oto mamy być może do czynienia z indie soundtrackiem do Władcy Pierścieni, którego fabułę osadzono w postapokaliptycznym kostiumie. Frost nie cofa się przed patosem, potrafi go jednak dozować, pozwalając słuchaczowi na chwile fałszywego wypoczynku, utrzymując w nerwowym wyczekiwaniu na finał.

Trzymałem się na dystans, kiedy Ben Frost i Daníel Bjarnason nagrywali ścieżkę dźwiękową do Solaris. Mało który twórca kina wywarł na mnie tak wielkie wrażenie jak Tarkowski, uważam, że jego ekranizacja powieści Lema przerasta literacki pierwowzór. Artiemiew zaś zilustrował ją soundtrackiem, który nie tylko idealnie współistnieje z obrazem, lecz przede wszystkim stanowi odrębną wypowiedź muzyczną jednego z najciekawszych kompozytorów muzyki filmowej eksperymentujących z elektroniką w latach 70. Nie do końca udana próba nauczyła jednak Frosta umiejętności budowania narracji. Zwrot w stronę Solaris pozwala również zobaczyć w nim artystę mocno zakorzenionego w dość archaicznej tradycji kulturowej. W ukształtowanym, wysyconym, komplementarnym obrazie dumnej Aurory niektórzy narwańcy pragną widzieć odniesienie do klasyków, umiejscawiając album w przestrzeni między Throbbing Gristle, Coil i Autechre, a Eno, Reichem i Glassem. Już choćby z tego zestawu (mniej, lub bardziej przekonujących) porównań wyłania się obraz płyty, którą w odniesieniu do hyperpopowej, hedonistycznej współczesności uznać wypada za wybitnie konserwatywną. Ziarnistą, wrośniętą w kulturę, otwartą ranę przeszłości.

 

Piotr Gołąb    
15 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy