RECENZJE

Belong
October Language

2006, Carpark 6.9

Kevin Shields gdzieś tam, kiedyś tam wykoncypował sobie tą metodę, później Fennesz podłączył gitarę do komputera przenośnego i dokonał jej technologicznego transferu w XXI wiek. Tyle z historii. Stety nie-stety, Belong nie otwiera w niej nowego rozdziału, co wcale nie musi oznaczać, że na jej karty nie trafi. Najwyżej wpiszą go (czyli ich dwóch – Turka Dietricha i Michaela Jonesa) cieńszym druczkiem. Nieważne.

Dźwięk i jego faktura. Ważne. Wystarczy rozpuścić włosy, gitary. Wpleść w nie wstążki innych dźwi(jęków). Tylko tyle, a efekt prześciga wiele karkołomnych koków i wymyślnych cięć. Zatopić jeszcze między te włosy dłoń, poczuć je między palcami, jak pojedyncze kosmyki odczytują jej linie. Chiromancja godna naszej uwagi.

Dotyk, wrażenie trudne do przełożenia w ramy pojęciowe muzyki. A jednak najłatwiej przedstawić zabawę z tą płytą jako nieeleganckie obłapianie po omacku. Wyodrębnianie z gęstego szumu struktur ledwie zasugerowanych, pozbawionych ostrych kantów. Trochę taka ciuciubabka o tyle dziwna, że nie towarzyszy jej żywiołowość, z jaką bawiliśmy się w nią w dzieciństwie. Wszystko tu takie niespieszne, porozciągane jak stary sweter – czasem kłujący i szorstki ale za to z idyllicznym wzorem. Dźwięk wybrzmiewają tak długo jak uważają to za stosowne. Niekiedy, ustępujące utwory, z liryczną perfidią wplątują w celebracje swojej anihilacji niczego nie świadomą ciszę.

Dynamika tej płyty, podskórnie obecna, opiera się na swoistej bezwładności. Tytuł albumu dostarcza w tej materii pewnych poszlak. Mianowicie wydaje mi się, że mamy do czynienia z jesiennym koncertem pod batutą październikowego wiatru. Raz delikatnie marszczy on tafle kałuż, innym razem bawi się papierkami na betonowym chodniku by zaraz zerwać się wydobywając gęsty szum z masy suchych liści. Nowe komponenty, nawet kiedy pojawiają się niezapowiedziane, nie budzą zaskoczenia. Czasem trudno jednoznacznie stwierdzić czy mamy do czynienia ze świeżym motywem, czy to kapryśny podmuch obsadza niegdysiejszego statystę w jednej z głównych ról. Podobnie w drugą stronę, przewodni jęk w "The Door Opens The Rother Ways" znika pod kolejnymi warstwami dźwięków tak niemrawie, że nie odważę się rozstrzygnąć czy pod sam koniec utworu jeszcze błądzi gdzieś w tle, czy to moja wyobraźnia została tak dotkliwie przezeń przećwiczona, że czuje ból, chociaż już dawno nie biją.

Zawsze mam taki problem z muzyka ambientową, i w ogóle z muzyką pozostawiającą słuchaczowi miejsce do popisu, otóż nie do końca wiem jak rozdzielić pierwiastek osobistych interpretacji i wrażeniowych konstrukcji od bodźców w niej zastanych. Z drugiej strony, nie wydaje mi się bym gdzieś zobowiązywał się do takich wysiłków. Dlatego dzisiaj puenty nie będzie. Nara.

Paweł Nowotarski    
23 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie