RECENZJE

Belle And Sebastian
The Life Pursuit

2006, Rough Trade 6.9

Bardzo mi się podoba to, co odważyli się Szkoci z Belle And Sebastian zaprezentować na tegorocznym krążku. Wielu muzycznych krytyków, czy też po prostu oddanych fanów grupy śmiało upatruje w The Life Pursuit powrotu do znakomitych korzeni zespołu, czyli – precyzyjnie – roku dziewięćdziesiątego szóstego: wtedy to właśnie załodze Stuarta Murdocha udało się przykuć uwagę dwiema wybornymi pozycjami, uznawanymi od tamtego momentu za "klasyczne" dla dyskografii składu: Tigermilk i If You're Feeling Sinister. Tak jak trudno mi się do końca zgodzić, że stylistycznie czy treściowo najnowszy krążek opiera się na tej debiutanckiej parze albumów (o czym za chwilę), tak niezaprzeczalny jest powrót na kompletnie innej zasadzie – od czasu If You're Feeling Sinister nie nagrali zwyczajnie Belle And Sebastian tak mocarnego i wciągającego materiału, jak The Life Pursuit.

Co do wspomnianych walorów stylistycznych, po raz pierwszy Szkoci zaskakują eklektyzmem na taką skalę; choć bazę dla wszelkich eksperymentów stanowi tu intymna i ascetyczna, folk-popowa kompozycja, jakich pełno na każdej kolejnej płytce zespołu, momenty najwybitniejsze cechuje spore oddalenie od charakterystycznego stylu kapeli. Gdzie pojawiają się inspiracje country'owe ("Another Sunny Day") i glamowe ("The Blues Are Still Blue"), synthy i psychodeliczne udziwnienia ("White Collar Boy" czy "We Are The Sleepyheads"), albo po prostu całość zaczyna przypominać najświeższe dzieła power-popowego Of Montreal, wiadomo, że zapowiada się interesujący kawałek. Ciekawi również prawidłowość, iż utwory najbardziej odbiegające od codziennego brzmienia Belle And Sebastian przodują w uzależniającym songwritingu, podczas gdy nieudane reminiscencje "Stars Of Track And Field" nie wnoszą do dorobku zespołu absolutnie nic, zmuszając tylko do przeskipowywania owych przynudzaczy.

Otwierający całość "Act Of The Apostle" to tymczasem jeden z najlepszych kawałków, jakie zespół kiedykolwiek nagrał, dla tego właśnie zasługuje na osobne omówienie. Zgodnie ze wspomnianą zasadą, mało ma wspólnego utwór z poprzednimi dokonaniami Belle; ledwie trzyminutowy track zbiera w sobie więcej hooków, niż cały Dear Catastrophe Waitress. Poszczególne melodie, jak i cała art-popowa progresja niespotykanie uwodzą, a doznawać można sobie również aranżacyjnego poskładania a la kilka dekad wstecz – każdy instrument brzmi wyraźnie i wyjątkowo w gąszczu reszty, stale zajęty swym własnym, zapamiętywalnym riffem. W kategorii popowych wymiataczy błyszczą także "Sukie In The Graveyard" czy "Funny Little Frog", dowodząc, że na obecnym etapie kariery retro-estetyka o tanecznym zacięciu wychodzi Belle And Sebastian niewątpliwie najlepiej.

W otoczeniu kilku tak świetnych utworów nie zniechęcają już nawet typowe smęcenia "Dress Up In You" czy kilka żywych, ale nudnawych numerów pokroju "For The Prize Of The Cup Of Tea". Ostateczne wrażenie jest naprawdę wyśmienite, bowiem Szkotom udało się stworzyć coś zarówno nowatorskiego, jak i pełnego odniesień do znamienitej tradycji; śmiało spojrzeć poza swoje wąskie poletko, równocześnie utrzymując klasę i jakość swego zwyczajowego rzemiosła, a nawet – bardzo często – przewyższając je dość znacznie. I za to szacunek, ogromny nawet.

Patryk Mrozek    
6 kwietnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy