RECENZJE

Bees
Free The Bees

2004, Virgin 6.1

Parę dni temu a friend of mine wstukała w status komunikatora internetowego zdanie "kto ma moje Saturday Looks Good To Me???". Łatwo mi zrozumieć bijące z tych słów zniecierpliwienie, bo za firmowanym przez ów projekt folkiem rzeczywiście się tęskni. Zastosowanie podobnej pochwały wobec angielskich odpowiedników SLG, czyli The Bees, nie byłoby jakimś wielkim, powiedzmy starachowickim, nadużyciem. Zamieszkujący wyspę Wight panowie Paul Butler i Aaron Fletcher na swym drugim krążku zajmują się przede wszystkim weselszą stroną mocy, ochoczo i z zadziorem. Choć nie zbliżają się nigdy do limesu za którym kryje się agresja, parę razy nos zostaje buńczucznie zadarty, jak choćby w mostku "No Atmosphere" czy refrenie "Wash In The Rain". Tak naprawdę zastosowany przez duet zabieg – a jest nim przemieszanie lo-fi wokali z gładszymi (mid-fi?) strukturami dominujących tu gitar i dęciaków – najlepiej sprawdza się, gdy The Bees dzielą się z nami melancholią.

Zamoczono (nie umoczono) w niej już openera, "These Are The Ghosts". To jeden z tych utworów, którym zamierzam obronić się przed jesienią, wspominając osobno każdą sekundę pełni lata. Bardziej ku teraźniejszości, choć również w wyraźnie romantyczny sposób, skłania z kolei niezwykle Beach Boysowy "I Love You". Niezmierzona gracja i czar piosenki mogą przekonać do niej nawet najbardziej ortodoksyjnych przeciwników tak wyraźnego czerpania z tytanów hooku. A propos melodii, to wcale nie ona jest prawdziwą ostoją Free The Bees. Pomimo kilku świetnych w tym względzie fragmentów (do wymienionych dodałbym jeszcze wieńczące płytę "This Is The Land"), o większości z nich stanowi feeling. "Energiczna, pozytywna jazda!", jak można by było przeczytać na blogach, gdyby takowe istniały oczywiście.

Jędrzej Michalak    
7 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie