RECENZJE

Beck
Sea Change

2002, Geffen 6.7

Kłopoty z zaszufladkowaniem Becka jako artysty są sprawą powszechnie znaną. Ten gostek załapał się jeszcze na schyłkowe "pokolenie X", na krótką chwilę przejmując rolę jej lidera, w spadku od mistrzów grunge'u. (Bzdura swoją drogą; coś takiego jak "pokolenie X" nigdy nie istniało, a było sztuczną kreacją żądnych wysokiej sprzedaży korporacji; Nirvana była dzieckiem niezal-rocka, tego od Pixies, a Eddie Vedder nigdy nie był niczyim mesjaszem, capito?) Tak czy siak, wraz z jedną chwytliwą piosenką, o cechach podziemnych wszakże, "Loser", Beck jednocześnie wypłynął na powierzchnię (słynny teledysk w MTV, zresztą, komu ja to mówię), oraz stał się wyrazicielem jakichś tam trosk jakiejś tam publiczności, młodej przeważnie. Debiut długogrający, niejaki Mellow Gold, dość zwariowana mikstura lo-fi, hip-hopu, country i folku, polana schizofrenicznym sosem i wyprodukowana iście punkowo, na czterośladzie, upewnił miejsce faceta w show-buisinessie.

Widzicie, należało mu się, zwłaszcza po tylu latach wytrwałego grania na ulicach. Ale wciąż nikt nie wiedział, o co chodzi. O co chodzi? Mądrale dolepiali go do różnych śmiesznych nurtów; z żadnym z nich nie miał mimo to nic wspólnego. Dla podkreślenia swych balladowych, nudziarskich korzeni, nagrał One Foot In The Grave, manifest równie amatorski co debiut, lecz o zupełnie innym charakterze: zamiast odlotów, zaserwował ich przeciwieństwo. Przyloty? (Chociaż dla niektórych sam głos Hansena jest wystarczająco odlotowy, niezależnie, czy mruczy, czy wrzeszczy.) Od tej pory artysta chadza sobie dwiema różnymi ścieżkami. Pierwszą wytyczyła chęć odkrywania nowego, mieszania, krótko mówiąc, drugą zaś: ukłon w stronę mistrzów kameralnej, akustycznej pieśni.

Odelay powstał wskutek spaceru ścieżką numer jeden. Jakimś niewyjaśnionym sposobem Beck zmieszał wszystko ze wszystkim i wstrząsnął to, co mu zostało. Jak dziecko, które zastanawia się: co będzie jak włożę tu paluszek? Co było? Wybuch. Ale wybuch ten zapewnił Beckowi miano artysty wybitnego, jednego z cudów muzyki popularnej lat 90-tych. Kluczem do całości były sample i sposób ich adaptacji w folkowo-piosenkowej strukturze. Powrót do klimatów spokojnych mieliśmy na Mutations, płycie, na której wspomagał solistę niejaki Nigel Godrich, jeden z najlepszych producentów świata, na co dzień szósty członek Radiohead. Natomiast kontynuacji imprezowo-zjaranej mozaiki z Odelay, poszerzonej dodatkowo o niezbadane wcześniej rejony (electro, disco, funk, soul, psychodelia a la Sierżant Pieprz), dokonał Beck na krążku Midnite Vultures. Prywatnie sądzę, że jeszcze dojrzalszym, bogatszym i lepszym, niż klasyk, ale kłócił się akurat tu nie będę.

Tu dochodzimy do miejsca, w którym Beck osiągnął bardzo wiele, a jednak z chęcią dorzuciłby coś jeszcze. Jak zwykle kolega chce się wypowiedzieć dwugłosowo. Pierwszą odsłonę tego przedsięwzięcia właśnie poznaliśmy. To Sea Change, niemal rodzony brat Mutations, tylko trochę bardziej pochmurny, chłodniejszy, mniej przystępny w rozmowie, większy samotnik i dziwak. Druga odsłona jest w przygotowaniu, ma być bezpośrednim następstwem wydarzeń z Midnite Vultures. Ukaże się prawdopodobnie gdzieś na początku przyszłego roku. Słuchając Sea Change nietrudno odnieść wrażenie, iż Beck chciał tu coś udowodnić słuchaczom, zabrał się do pracy na serio i z pewną dozą przesadnej powagi. Jakby rozumiał doskonałość Midnite Vultures i jej brak na polu balladowym. Chciał to zmienić.

Na Mutations była taka pieśń "Nobody's Fault But My Own", pamiętacie? Całe Sea Change brzmi tak, jakby narodziło się z tamtego jednego utworu. Zarówno w kwestii melodycznej, jak i aranżacyjnej, nowa płyta zaczyna z miejsca, w którym on (notabene: wyborny, mój ulubiony na dysku) się znajdował, by stopniowo zagłębiać się coraz pewniej pod ziemię, w mrok, mgłę, parę wodną, cień, wreszcie dym, deszcz i blady świt na samym końcu. To najmniej kwaśna płyta Becka, najmniej freakowa, najmniej dzika i swawolna. Najbardziej dostojna, klasycyzująca, konserwatywna i zachowawcza. Fani jajcarskiego Becka muszą czekać na dziełko następne, sympatycy łagodnego wcielenia Hansena będą mieli rozkosz w słuchaniu.

Prawda, że jeśli jest tu jakaś rozkosz, to dostarcza jej raczej wspomniany Nigel Godrich. Człowiek (jasne, z polecenia wokalisty, ale jednak on) kreuje tu momentami takie new-age'owe brzmienia, że naprawdę miło się robi. Weźmy absolutnie mistrzowski "Paper Tiger". Przecież te awangardowe smyki są niemal żywcem wyjęte z "How To Disappear Completely" wiadomego zespołu. Albo ta kojąca gitara slide i słodkie dzwonki na początku country-rockowej kołysanki "The Golden Age", w tle – wsłuchajcie się – nieziemska przestrzeń wiatru smagającego twarze pustynnych turystów głęboką nocą. I mnóstwo innych sztuczek, mógłbym długo wyliczać. Trzeba mieć rękę, żeby umieć wszystko razem ze sobą smakowicie wymieszać. Godrich to jest bóg dla mnie.

Co do samego Becka, tego naszła moim zdaniem w czasie nagrań specyficzna, niebezpieczna schiza, która ogarnia zwykle, w pewnym momencie kariery, większość utalentowanych songwriterów. Chciał on mianowicie zamrozić swoje smuty na wieczność, postawić im pomnik, żeby można go sobie było oglądać obok pomników Dylana, Cohena, czy Neila Younga. Stąd momentami przesadne dążenie do naśladowania metod wielkich pieśniarzy sprzed lat. Na przykład "Round The Bend" jest najbardziej efektywną imitacją wczesnego (czytaj: orkiestrowego) Nicka Drake'a, jaką spotkałem. To wierna kopia kultowego "River Man" z repertuaru słynnego Brytyjczyka, ale twierdzę, że udało im się (z Nigelem) wyczarować coś pięknego. Już to sobie wyobrażam, jak Beck podchodzi i mówi: "Ej, Nige, tutaj chcę takie gęste powietrze, zapylone, jak u Drake'a". A Godrich tylko spogląda i coś takiego czyni.

Można się czepiać tych, jakkolwiek miłych, zapożyczeń. Na szczęście jakość samych kawałków jest jak zwykle wysoka. Refren "Guess I'm Doing Fine", subtelne zmiany nastroju w "End Of The Day", czy lekko pijany harmonicznie "Little One" to Beck w najlepszym wydaniu. Dla wielu zabrakło jednak dwóch podstawowych czynników, decydujących o wielkości Hansena. Zabawa, drinki muzyczne oraz imponujący luz, które towarzyszyły mu zawsze, gdzieś zniknęły, a wraz z nimi – to po drugie – zniknęła magia jego bossostwa. (Tylko pod koniec "Sunday Sun" mamy próbkę tego wariactwa, króciutką.) Pan Hansen niby wywnioskował, że w tym wieku należy już dojrzeć i zatroszczyć się o repertuar, który jemu samemu będzie się podobał, gdy przyjdzie mu pilnować wnuki. Zobaczymy, co zapoda na "proper follow-up" do Midnite Vultures. A wy, nie dajcie się zwieść, że jak mainstream to jest to złe, bo Sea Change to robota wykonana porządnie i zasługuje na was, a wasze uszy na nią.

Borys Dejnarowicz    
15 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie